Teraz jest Cz, 15 lis 2018, 10:16

Strefa czasowa: UTC + 1




 Strona 1 z 1 [ Posty: 9 ] 

Wilczyca - Stado

Autor Wiadomość
 Tytuł: Wilczyca - Stado
PostNapisane: Cz, 13 maja 2010, 21:51 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Gościniec Victora był dużym budynkiem z czerwonej cegły, o podniszczonym dachu i wyblakłym szyldzie z wymalowanym starannie zielonym sztandarem. Na tyłach znajdowała się stajnia i niewielkie podwórze.

Bronwyn przekroczyła drzwi i zanurzyła się w lepkiej atmosferze karczemnej sali. Powietrze tu było równie gorące jak na zewnątrz, ale przesycone zapachem piwa i smażonego mięsa, zdawało się być jeszcze bardziej duszne. Stoły były pozajmowane - pora obiadu sprowadzała klientów spragnionych strawy i trunków. Brodaci mężczyźni gryźli świeży chleb i siorbali smakowicie pachnącą zupę, rozmawiając z towarzyszami i wybuchając śmiechem.
Gwar przycichł nieco, gdy w progu stanęła wysoka wojowniczka. Zaciekawione spojrzenia prześlizgiwały się po jej długich nogach.

- Bron! - krzyknął ktoś z tyłu sali. - Jednak za nami zatęskniłaś!

Ciekawscy spojrzeli w stronę źródła głosu, po czym podjęli przerwane rozmowy.
Zwalisty Kvirre oderwał się od obiadu i ruszył szybkim krokiem w stronę kobiety. Szeroka pierś i potężny brzuch w żaden sposób nie ujmowały mu zwinności - kompani nazywali go Dzikiem, bo na krótkich nogach potrafił poruszać się niezwykle szybko, a jego gniew wybuchał - i wypalał się - błyskawicznie. Szczeciniasta ciemna broda i krzaczaste brwi nadawały mu surowy wygląd, ale Bronwyn wiedziała, że realne niebezpieczeństwo groziło jedynie wrogom Kvirre; przyjaciele codziennie przekonywali się, że Dzik miał prawdziwie gołębie serce.

- Stęskniłaś się za wujaszkiem, kozo! - mężczyzna zahuczał radośnie, miażdżąc Bronwyn w uścisku: choć był o głowę niższy od niej, krzepą przewyższał ją kilkakrotnie. Poza tym, był w wieku jej ojca, więc traktował dziewczynę jak ulubioną bratanicę albo córkę.

Wyzwalając się ze straszliwego uścisku, wojowniczka dostrzegła rozbawione miny reszty kompanii Brora - siedzieli razem pod ścianą, przy stole zastawionym jedzeniem. Fjornskjalla z nimi nie było.

- No chodź, chodź, dziewczyno, - Kvirre huknął ją w plecy, - zjesz coś i napijesz się. Ruszamy najprędzej jutro, więc zdążysz się jeszcze dogadać z Brorem - powiedział, nadinterpretując jej spojrzenie.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wilczyca - Stado
PostNapisane: Pt, 14 maja 2010, 10:26 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
- Nie jestem głodna, ale napiję się chętnie - powiedziała Bronwyn, ruszając za Dzikiem. - Upał jest nie do zniesienia a ja jeszcze, jak ta głupia gęś, łażę z całym dobytkiem - wskazała na plecak i włócznię.
- Strasznie tu śmierdzi, Dziku - dodała, rozsiadając się za stołem. Wzrokiem szukała obsługi. - A gdzie jest Bror? Aż dziwne, że nie zapija mordy wraz z wami - uśmiechnęła się do Kvirre i wskazała gestem głowy na resztę ludzi.

Mężczyźni zaśmiali się krótko, a Dzik wzruszył ramionami.

- Miał dziś spotkanie z szefem - powiedział. - Straciliśmy Tomasa i ciebie, potrzebujemy ludzi; a na tym zadupiu nie bardzo jest w czym wybierać...

- Ale stary się nie poddaje - skomentował rudy Sturla, patrząc na dziewczynę swoim jedynym okiem. - Powiedział, że byle wieśniaka do ekipy nie weźmie, no to śmiga po wiosce i szuka kogoś z jajami.

- Dobrze, że wracasz, - mruknął Robb, odstawiając drewniany kubek. - Baba czy nie, na pewno masz większe jaja niż Sturla - zarechotał, po czym zwinnie uchylił się przed kuksańcem.

- Nie wracam - powiedziała ponuro Bronwyn - nie dogadam się z Brorem.

Fjornskjall ma rozum tak krótki jak jego kuśka i nie rozumie, że nie tylko w łóżku jesteśmy równi.

- To już przeszłość. Ruszam wkrótce własną drogą. Nie przeczę, Bror jest doskonały w tym, co robi, i ja bez wahania powierzyłabym mu swoje wozy i towary. Pracować z nim nie mogę i nie chcę. - Bardziej do siebie niż do kompanów, dodała jeszcze: - Niech Bror poszuka sobie kogoś, kto się będzie z nim chędożył, kiedy tylko on ma na to ochotę. Będzie prał jego odzież i podawał mu posiłki. I nie kłócił się z nim bez przerwy. - Westchnęła z rezygnacją.

- Umieram z pragnienia - zmieniła nagle temat. Popatrzała na Robba: – Cavanagh, zamiast pieprzyć bez sensu, złap kogoś, kto tu usługuje i skłoń go do przyniesienia piwa dla mnie. Rzuć okiem, czy nie plują do środka. Proszę - zrobiła słodkie oczy, - zrób to dla mnie.

Chudy Robb Cavanagh wstał szybko od stołu i ruszył do baru. Przy stole panowało posępne milczenie. Bronwyn przerwała je, zwracając się do Dzika:

- Więc Bror szuka kogoś z jajami?- dziewczyna wyglądała na rozbawioną. - W tym miejscu? Toż tutaj chyba ciężko trafić na wojownika. Mam wrażenie, że w tym mieście jest tylko targ i same karczmy... Jak się nie uda, ruszycie w mniejszym składzie?

- Sama rozumiesz, Bronwyn, - powiedział Kvirre znużonym tonem, - że szanse na to, że Bror przyprowadzi kogoś, kto zastąpi ciebie albo Toma, są mizerniutkie. - Łyknął spienionego trunku i otarł wąsy. - Karawana będzie większa, kiedy ruszymy na zachód. Nie obskoczymy jej sami.

- Przecież nie musisz sypiać w jego namiocie - wyrwał się Matthias, uśmiechając się szeroko. - Żaden z nas tego nie robi.

Wszyscy zarechotali, ale ucichli szybko pod gromiącym spojrzeniem Dzika.

- No jaką robotę tu możesz znaleźć, dziewczyno? - zapytał. - Przecież to jest jakaś dziura w wychodku Cesarstwa! Z twoimi umiejętnościami nie powinnaś tkwić tutaj! A co oni ci mogą dać? Szmatę do podłogi i wiadro na mydliny?

- Matthias - Bronwyn zwróciła się do towarzysza z udawanym oburzeniem, - nie mędrkuj tyle, bo ci kulasy połamię i zęby wybiję. Dzik cię będzie karmił papką z ziemniaków i już nie będziesz się mógł tak idiotycznie szczerzyć - dodała z uśmiechem, po czym zwróciła się znów do Kvirre: - Nie zamierzam tutaj zostać długo, Dziku. Jutro albo pojutrze ruszam w drogę do Ascanthii. Zastanawiałam się, czy nie popytać tu i ówdzie, czy ktoś nie rusza w tym samym kierunku. W stadzie zawsze raźniej - oparła głowę na ramieniu wielkoluda. - Będzie mi was brakować, chłopaki.



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 19 maja 2010, 14:24 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Przy stole zawrzało. Mężczyźni jeden przez drugiego zaczęli przekrzykiwać się, protestując.

- Ej, chyba żartujesz! - zielonooki Darn Tirian prawie podskoczył na ławie. - Nie możesz nam tego zrobić! Bez ciebie to już nie to samo!
- Fjronskjall chodzi wściekły jak Pan Burz, odkąd odeszłaś - poważny Allen pokręcił głową niezadowolony. - Na pewno się dogadacie, przecież nie jest idiotą!
- Nie chrzań, babo, tylko zrób, co trzeba - zaśmiał się Sturla. - Nie musisz kokietować. Jak tęsknisz za nami, to wracaj. Czniać Brora!
- Jesteś najrówniejszą kobitką na świecie, - uśmiechnął się Igneot, błyskając złotymi zębami. - Powinnaś wrócić!

Śmiejąc się, Bronwyn patrzyła na kompanów, ze zdziwieniem zdając sobie sprawę, że każdy z nich mówił szczerze.

Jej przygoda z bandą Fjornskjalla nie trwała długo - przyłączyła się do nich w Tarvenhall - najważniejszym mieście w Imperium: mieście, w którym znajdował się pałac Cesarza, Arcykatedra Carantheusa, Akademia Sztuk i najpotężniejsze centrum handlowe Windsaw - tam zbierały się i wyruszały karawany, tam kształtowały się ceny, tam w ciągu jednego dnia zdobywano i tracono majątki.
Bronwyn odwiozła do stolicy swoją siostrę, po czym zaczęła rozglądać się za nowym zajęciem. Brora poznała w jednej z niezliczonych karczm - spodobał jej się na tyle, że pozwoliła mu zapłacić za swoje piwo. A potem pokonała go w pojedynku, aby udowodnić, że nadawała się na członka jego kompanii. Najemnicy Fjornskjalla początkowo marudzili, że baba nie nadaje się do drużyny, ale Bror uciszył narzekania, a sama wojowniczka szybko przekonała do siebie grupę twardych mężczyzn - w walce była zawzięta i pewna siebie, w słowach nie przebierała, a głowę miała równie mocną, jak każdy z nich. Kiedy już przekonali się, że nie muszą traktować jej w szczególnie dworny sposób, zaakceptowali ją jako swoją. Co prawda od czasu do czasu ktoś nazywał ją "kobietą szefa", ale szybko nauczyli się, żeby nie robić tego głośno...

- Straciliśmy Tomasa, - powiedział poważnie Kartyn, - nie chcemy jeszcze tracić ciebie. Nie możesz po prostu obrócić się na pięcie i sobie iść. Każdy z nas miał zatargi z Brorem, ale trzymamy się razem, bo razem jesteśmy najlepsi!
- Wracaj, kozo, - huknął wreszcie Kvirre. - Z kim ci będzie tak dobrze i śmiesznie, jak z nami?

Cavanagh wrócił od baru i postawił przed kobietą drewniany kubek. Piana spłynęła po ściance naczynia.

- Ale że co? - zapytał, starając się zrozumieć gwar głosów. - Znaczy: zgrywa trudną do zdobycia? To chyba jasne, że jakbyś nie chciała wracać, to byś nie przyszła!



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wilczyca - Stado
PostNapisane: Śr, 19 maja 2010, 18:48 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
Może Robb ma rację - pomyślała Bronwyn i z niezamierzoną czułością spojrzała na bandę, z którą dzieliła niebezpieczeństwa szlaku. - Może specjalnie tu przyszłam, aby mnie prosili, żebym z nimi została?- wzięła łyk piwa i przymknęła z lubością powieki.

Rozparła się wygodniej na ławie i powiedziała:

- Może i zwrócę uwagę na wasze błagania, błazny - puściła oko do Darna, - może, jak wypiję jeszcze ze dwa piwa i kubek krasnoludzkiej wzruszą mnie wasze prośby i słodkie słówka - posłała całusa Igneotowi. - Prawicie tak pięknie, że aż dziw, że dziewki pokotem nie padają u waszych niemytych stóp - zaśmiała się. Po chwili dodała z powagą: - Wrócę, jak mnie Bror poprosi - wzięła do ręki kubek i wypiła do dna. - Wasze zdrowie, panowie.

Prędzej łoś zacznie srać złotem, niż Fjornskjall poprosi mnie o powrót do ekipy - dodała w myślach.



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So, 16 paź 2010, 02:18 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Niewypowiedziane słowa zawisły w powietrzu. Mężczyźni wymieniali niepewne spojrzenia i unosili do ust kufle z piwem.
O Brorze można było powiedzieć wiele rzeczy, ale nikt z obecnych nie widział go nigdy kajającego się.
Tym bardziej - przed kobietą.

- Mam nadzieję, że Ascanthia jest gotowa na twój przyjazd - wypalił wreszcie Cavanagh, przerywając ciężkie milczenie. - Obawiam się, że nawet tam nie zetknęli się jeszcze z taką babką...

Chór śmiechów ostatecznie rozładował napięcie. Kvirre odetchnął z ulgą i poklepał Bronwyn po udzie.

- Co prawda, to prawda - uśmiechnął się. - Tym wyfiokowanym kupcom gacie pospadają, jak dasz im zakosztować swojej aligancji. A i niejednemu marynarzowi w gębie słów braknie!

- Jak sprytnie to rozegrasz, - Allen popatrzył poważnie w oczy kobiety, - to może nawet uda ci się skompletować własną kompanię. Nie myślałaś o tym?

Wszyscy spojrzeli na niego zaciekawieni, a potem skierowali wzrok na jasnowłosą wojowniczkę. Dzik cmoknął, jakby smakował tę myśl.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wilczyca - Stado
PostNapisane: Śr, 24 lis 2010, 16:04 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
Bronwyn wiedziała, że nie warto spodziewać się przeprosin od Brora. I, tak po prawdzie, nawet ich nie chciała.

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki - pomyślała dziewczyna. - Albo do tego samego wyrka.

- Macie rację chłopcy - powiedziała Bronwyn. - Trzeba mi ruszyć dalej już bez was.

Jednym łykiem wypiła pozostały w naczyniu trunek i podniosła się z ławy.

- Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie mi podróżować z jakimś wyfiokowanym albo nadmiernie delikatnym osobnikiem. Tego moja wielce wrażliwa osoba mogłaby zwyczajnie nie znieść. - Uśmiechnęła się i spojrzała na Dzika. - Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy na szlaku, staruszku.
Bywajcie!



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Wt, 4 sty 2011, 01:38 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Chór gromkich protestów podniósł się w ślad za kobietą.

- Nie wygłupiaj się - spokojny głos Allena uciszył pozostałych. - Siądź i napij się z nami. Wyruszamy dopiero jutro, a i ty wcześniej nie wyjedziesz. Równie dobrze możemy wychylić kilka głębszych w dobrym towarzystwie.

W kompanii Brora Allen był zdecydowanie najbardziej nietypowym przypadkiem - spokojny, zrównoważony i głęboko religijny, łagodził spory i radził w trudnych sytuacjach. Bronwyn nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek widziała go pijanego lub wściekłego, choć w czasie walki budził przerażenie swoim skupieniem i zabójczą skutecznością.
Przyjrzała się pociągłej twarzy i ciemnym oczom, które wyrażały jedynie sympatię.

- Siadaj, kozo, - Kvirre dotknął jej dłoni. - Nikt z nas nie wie, kiedy znowu się zobaczymy.

Kątem oka uchwyciła spojrzenie Robba, i podążyła za nim.
Bror szedł w kierunku swoich kompanów, ale jego wzrok utkwiony był w Bronwyn.

- Proszę, proszę, - powiedział swoim niskim głosem, którym jeszcze kilka dni temu szeptał jej czułe słówka, - a jednak zrozumiałaś, co dla ciebie najlepsze, Bron?

Zatrzymał się tuż przed nią i uśmiechnął z zadowoleniem. Oparł dłonie na biodrach i pokiwał głową.

- Uznajmy, że sprawy nie było. I zacznijmy szykować się do drogi - powiedział, przenosząc wzrok na towarzyszy, którzy z zainteresowaniem czekali na rozwój wypadków.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Wilczyca - Stado
PostNapisane: Wt, 4 sty 2011, 15:50 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
Na dźwięk głosu Brora podniosły się jej włoski na karku, a serce przyspieszyło. Przełknęła ślinę. Powoli odwróciła głowę. Spojrzała na nadchodzącego mężczyznę. Zdołała powstrzymać uśmiech, jednak oczy jej rozbłysły. W jednej sekundzie stanął jej przed oczami - spocony, zmęczony seksem, z miną kociaka, który dorwał się do śmietanki. – Ech, żebyś ty nie był takim… facetem – pomyślała. Siadła na powrót na ławie, rozparła się wygodnie i, niby od niechcenia, zaczęła wydłubywać wyimaginowany brud zza paznokci. Po chwili powiedziała:

- Widzę, że nadal nikogo nie znalazłeś na moje miejsce. No cóż, w takim miejscu ciężko ci będzie znaleźć kogoś mojej klasy. – Bronwyn podniosła się z ławy. Zbyt miała ściśnięty żołądek. - Może trzeba było zamiast jednej, szukać dwóch osób? – Mówiąc, starała się usunąć z zasięgu jego ramion. - Wojownika i kochanicy. Tylko takiej bez mózgu, bo te z mózgiem, to są dla ciebie za dobre, prawda Bror?

Potężny mężczyzna popatrzył na nią zaskoczony. Usta drgnęły, jakby chciał się uśmiechnąć, lecz zamiast tego zmarszczył brwi.

- Wszyscy wiedzą, że jesteś ostra, Bron - powiedział spokojnie, - ale nic więcej ugrać nie dasz rady. Poniosło cię, ja to rozumiem; każda baba kilka dni w miesiącu szaleje jak jałówka na wiosnę. Teraz wraca ci rozsądek - i dobrze. Wracasz do kompanii i wszystko jest tak, jak było przedtem. Przestań się szarpać jak pstrąg na sznurku.

- Skoro ja jestem jałówka - wycedziła Bronwyn - to ty, Bror, jesteś cielę, jeżeli nie rozumiesz, o co mi chodzi. Jestem wojownikiem, a ty zdajesz się o tym zapominać, Szefie.

Bror zaśmiał się grzmiącym głosem i popatrzył na kobietę z politowaniem.

- Wóz albo przewóz, dziewucho - powiedział. - Wracasz i podporządkujesz się zasadom, jakie panują w mojej kompanii, albo szukaj sobie roboty jako wojownik - prychnął rozbawiony. - Trzeciej szansy nie będzie.

Bronwyn poczuła, jak purpura wstępuje jej na policzki. Oczy zwęziły się do rozmiarów szparek. Wyprostowała się, wypuściła powietrze i roześmiała się.

- Fjornskjall - powiedziała rozbawiona - jaka trzecia szansa? Ja ci nawet drugiej nie dałam!
- A tak przy okazji – podrapała się w czoło, - to może powiesz mi, do JAKICH zasad niby się nie stosowałam, bo chyba coś mi umknęło?

Bror odwrócił się w stronę siedzących w milczeniu kompanów i skinął głową.

- Dopijajcie i zabierajcie się do roboty - rzucił. - Sprawdzamy ekwipunek i zaopatrzenie, ustalamy, co jeszcze trzeba uzupełnić. Po południu pojawi się tu jeden smarkacz, który aż się wyrywa, żeby dać się zabić na trakcie, musimy zobaczyć, czy da się z niego wycisnąć coś więcej niż tylko kilka kwart krwi...

Raz jeszcze zerknął na coraz bardziej wściekłą Bronwyn.

- A tobie życzę owocnych poszukiwań - dodał z kamiennym spokojem. - Może tym razem nic ci nie umknie...

- Jesteś tchórzem, Bror. – Bronwyn była wściekła - Gdybyś nie był, to zamiast odwracać się ode mnie zadkiem, zwyczajnie poprosiłbyś mnie o powrót do drużyny. Wróciłabym na twoich zasadach. A tak, dumny głupcze, jedziesz dalej z większą karawaną i z mniejszą ilością dobrze wyszkolonych ludzi. – Zbliżyła się do niego i ze wściekłością wyszeptała:
- Zabierasz jakiegoś szczeniaka, co to miecza nie umie utrzymać w rękach. Narażasz w ten sposób nie tylko swoje życie, ale i tych ludzi, którzy poszliby za tobą w ogień. Chwały ci to nie przyniesie.
Nie życzę ci powodzenia. Szkoda tylko, że za twój upór zapłacą ci, którzy są ci tak oddani.

Odwróciła się od Brora i powiedziała:

- Dziku, podaj mi moje toboły, proszę.

Kvirre w milczeniu wręczył jej włócznię i plecak. Ze stężałą twarzą patrzył dziewczynie w oczy. Skinął jej głową, a na jego ustach pojawił się blady uśmiech.
Pozostali mężczyźni wstawali już od stołu i mamrotali coś pod nosami w ramach pożegnania.

Fjornskjall patrzył na dumną dziewczynę zmrużonymi oczami, po czym także skinął jej głową i ruszył w kierunku schodów.

Bronwyn ostatni raz spojrzała na Brora. Miała ochotę plunąć mu w pysk, ale wiedziała, że to nie skończyłoby się dla niej dobrze. Serce biło jej jak oszalałe, łzy wściekłości i żalu cisnęły się pod powieki, ręce drżały. Nie chcąc przedłużać spotkania, pożegnała się z byłymi kompanami i wyszła z karczmy.



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 30 mar 2011, 23:03 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
W takich momentach wiele kosztowało ją uciszenie rozbrzmiewających w głowie wojowniczych głosów przodków, którzy domagali sie krwi.
Miała chęć wrócić tam i rozgnieść tego nadętego dupka, wypruć mu flaki i rozwłóczyć je po podłodze gospody!
Z drugiej strony - zdawała sobie sprawę, że nie powinna tego robić...

Szlag by to...

Szybko przemierzała ulice, mając nadzieję, że wściekłość wywietrzeje jak wczorajsze piwo. Nie miała czasu na głupoty - musiała zdobyć szybko jakąś fuchę. Najlepiej taką, która przybliży ją do Ascanthii.

Być może pomysł założenia własnej kompanii nie był jednak całkiem głupi? Nie tylko znała się na swoim fachu, ale wręcz miała go we krwi. Podczas podróży nauczyła się tego i owego, poznała też sporo ludzi, a niektórzy z nich mogliby zapewnić jej intratne kontakty.
Najpoważniejszym problemem było znalezienie odpowiednich towarzyszy - zaprawionych w boju i godnych zaufania.
I chętnych wypełniać polecenia kobiety.

Zatrzymała się i odetchnęła.

Stała u wylotu ulicy prowadzącej na targowisko. W zamyśleniu dotarła aż tutaj, gdzie gwar podniesionych głosów sprawiał, że trudno było usłyszeć nawet własne myśli. Ale tutaj najłatwiej mogła znaleźć nowego pracodawcę. Poza najemnikami, to kupcy najczęściej podróżowali po Windsaw, a do Thoris docierało ich zdumiewająco wielu.
Przez zgromadzoną na placu ciżbę przesuwała się wysoka postać długouchego lokaja, którego poznała wcześniej - kolejne kuriozum w tej dziurze na końcu świata... Ale skoro nawet wąskodupiec mógł znaleźć tu pracę, dla niej powinno to być o wiele prostsze!
Wzruszyła ramionami i rozejrzała się uważniej - większość straganów stanowiła odrębne całości, ale niektóre skupiały się, tworząc na pozór przypadkowe grupy, dla wprawnego oka łatwo rozpoznawalne jako części składowe jednej karawany. Bronwyn wypatrzyła trzy tabory.
Jeden skupiał się wokół prowadzonego przez smagłego południowca kramu z bronią, od której blasku łzawiły oczy; w centrum drugiego znajdował się okazały namiot z przyprawami i suszonymi roślinami, między którymi krzątał się drobny człowieczek o rozbieganych oczach; trzeciej karawanie przewodził zapewne właściciel wozu, na którego boku wymalowano zielonego węża oplatającego kielich.

Gdzieś w głębi targu stał stragan tego wypachnionego idioty, z którym przybyli do Thoris.
Ale on już miał ochronę...



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
 Strona 1 z 1 [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do:  
cron
 
phpBB skin developed by: phpBB Headquarters
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

stat4u