Teraz jest Cz, 15 lis 2018, 09:11

Strefa czasowa: UTC + 1




 Strona 1 z 2 [ Posty: 33 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Jej lokaj jest bardzo utalentowany

Autor Wiadomość
 Tytuł: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Cz, 6 maja 2010, 23:35 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Shinma'onari siedział czytając książkę, gdy drzwi apartamentu otworzyły się gwałtownie i stanęła w nich drobna kobieta o hebanowych włosach. Ostre rysy twarzy zdradzały krew elfów.
Fioletowy strój podróżny był nieco zakurzony. Ciemne oczy rozszerzyły się na chwilę na widok mężczyzny, jednak przybyła szybko się opanowała.
Shinma błyskawicznie odłożył lekturę i wstał, by złożyć ukłon.
Kobieta powoli zamknęła drzwi.

- Witaj, Pani – zaczął cicho, prostując się i podnosząc głowę.

- Sebastian, tak? - pytanie zabrzmiało jak stwierdzenie. Głos miała niski, przyjemny dla ucha. - Co cię zatrzymało?

Przez mgnienie oka elf wyglądał na zaskoczonego, ale natychmiast przywołał się do porządku.

- Wybacz, Pani, wyruszyłem tak szybko, jak było to możliwe...

- Następnym razem działaj szybciej – na twarzy Giocosy nie drgnął żaden mięsień. Zlustrowała Shinma'onariego od stóp do głów; miał wrażenie, że czegoś szukała. - Czy mój kufer już dotarł?

- Tak, Pani, jest w sypialni – otworzył drzwi prowadzące wgłąb apartamentu.

Czarodziejka podeszła bliżej, patrząc badawczo na elfa; roztaczała zapach bzu i palonego drewna. Shinma był zaskoczony jej drobną posturą – spodziewał się kogoś... wyższego. Kobieta wręczyła mu plecak, z którego wyjęła zwój pożółkłego papieru.

- Każ naszykować kąpiel – rzuciła krótko. - I przynieś wino.

- Już gotowa, Pani – Shinma wszedł za kobietą do salonu i wyminął ją żeby otworzyć kolejne drzwi.

Brwi magini uniosły się nieznacznie, a kącik ust zadrżał. Giocosa zatrzymała się przed górującym nad nią mężczyzną i oparła dłonie na biodrach.

- No dobrze... - powiedziała poważnie, patrząc na elfa wyzywająco. - Chcę, żebyś miał jasność, że mnie też irytuje ta sytuacja. Ale Silli się uparł, a wiesz dobrze, że jest zawzięty jak muł. Nie znoszę opóźnień i wymówek. I nie zamierzam się wysilać, żeby było miło i bezpiecznie – powiedziała z przekąsem. - Moja praca to nie tańce wśród sasanek, więc jeśli liczysz na wonne kwiatki i książkę do poduszki, to wracaj do domu.

Shinma ukłonił się ponownie, aby ukryć uśmiech.

- Ty ustalasz zasady, Pani – powiedział bez cienia wesołości i podniósł głowę. - Czy życzysz sobie puchar wina przed kąpielą?

- Nie – rzuciła krótko. Mówiła szybko i dobitnie, tonem nie znoszącym... nie znającym sprzeciwu. Z sakiewki wydobyła klucz. - Wypakuj kufer. Myślę, że zostaniemy tu kilka dni. Naszykuj szarą suknię i dobierz coś dyskretnego z biżuterii. Na obiad zjem coś z drobiu, dowiedz się czy mają przepiórki.

Odpięła pas i rzuciła go na łóżko. Krytycznym spojrzeniem obrzuciła sypialnię, po czym odwróciła się znów do niewzruszonego lokaja, który położył plecak na taborecie i zajął się kufrem. Chwyciła jedną z leżących na wierzchu szat i dziarskim krokiem ruszyła do wyjścia.
Elf podniósł głowę znad bagażu.

- Obiad ma być podany tutaj czy zjesz w jadalni, Pani?

- Tutaj.

* * *

Srebrna Łódź była okazałym dwupiętrowym budynkiem o szklanych oknach i świeżo pobielonych ścianach. Nad lśniącymi szerokimi drzwiami pysznił się szyld z wybitą w metalu błyszczącą łodzią i wydętym wiatrem żaglem.
Bronwyn rzuciła przewodnikowi monetę i odprawiła go skinieniem dłoni. Chłopak wyszczerzył się w uśmiechu i pobiegł w dół ulicy.

Wojowniczka ścisnęła drzewce włóczni.
Szlachecka dzielnica, droga karczma, w której znajdowała się nieznajoma czarownica...
Bronwyn nie przejmowała się szczególnie statusem społecznym ani tym, ile kto miał w sakiewce, ale zdawała sobie sprawę, że za progiem Srebrnej Łodzi znajdował się świat, dla którego takie rzeczy miały znaczenie.
A nikt nie chciał podpadać magowi...
Nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, więc postanowiła nastawić się na najgorsze.

Popchnęła drzwi i weszła do środka.
Kamienna posadzka lśniła jak wypolerowana tarcza, a ściany pomalowano na zielono. Na środku przestronnego pomieszczenia znajdował się wysoki masywny stół, za którym siedział szczupły mężczyzna o gładko zaczesanych włosach i idiotycznie cienkich wąsach. Ciemnozielony kaftan i biały kołnierzyk nadawały mu wygląd ulicznego kuglarza.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pt, 7 maja 2010, 01:57 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Po wyjściu czarodziejki Shinma'onari trwał przez chwilę bez ruchu, klęcząc przed kufrem z dłońmi zaciśniętymi na jego krawędzi. Usiłował się opanować.

Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo. Wręcz przeciwnie, ostrzegano cię... Tutaj nie ma miejsca na dumę, więc weź się w garść i to szybko. Pani nie lubi opóźnień – zaśmiał się w duchu.

Kiedy jako tako odzyskał spokój, zaczął rozpakowywać kufer, starannie i sprawnie układając wszystkie rzeczy we właściwych miejscach.

Jeszcze miesiąc temu sam posiadał służbę, która za niego zajmowała się wszystkimi trywialnymi sprawami, jednak ostatnie tygodnie dość brutalnie zmieniły jego przyzwyczajenia. Wciąż bardzo żywo pamiętał spadające gdzie popadnie razy palcata jego nauczyciela, jeśli o świcie nie był gotowy do treningu.
Poza tym w swoim poprzednim życiu spędzał sporo czasu w prywatnych komnatach ludzkich arystokratów - szlachetnych dam, a czasem nawet i panów - więc niejednokrotnie miał okazję obserwować ich rankiem podczas skomplikowanych rytuałów ubierania, układania włosów czy nakładania makijażu. Okazało się, że był na tyle uważnym obserwatorem, by teraz bez większych problemów móc się odnaleźć w nowej roli, przynajmniej w kwestiach logistycznych.
Suknie i inne części ubioru oraz zaskakująco dużą ilość obuwia porozmieszczał w szafie, poza szarą kreacją, którą rozłożył na łóżku wraz ze świeżą bielizną, a na podłodze zostawił pasujące do niej lekkie pantofelki. Kasetę z biżuterią schował w szufladzie toaletki zostawiając na wierzchu jedynie parę drobnych srebrnych kolczyków, pasującą do nich ciężką bransoletę i połyskliwą delikatną siatkę do włosów. Przez krótką chwilę zastanawiał się nad naszyjnikiem, ale po przyjrzeniu się sukni, przypomniał sobie, że taki krój stroju nie sprzyjał ozdobom na szyi. Kosmetyki i akcesoria do włosów również schował w szufladach. Nie wiedząc, co zrobić z księgami, ułożył je po prostu z boku na toaletce.

Więc w taki sposób postanowiłeś zacząć zmieniać rozkapryszonego zagubionego chłopca w mężczyznę, Lirimaer? Na początek kolejna lekcja pokory? – Seria prostych czynności już całkowicie przywróciła mu równowagę, a jego bladą twarz o ostrych rysach wykrzywił okrutny uśmiech. - Wyciągnąłeś egzotyczne zwierzę ze złotej klatki, sprzed głodnych rozrywek oczu gawiedzi, zdobyłeś jego zaufanie oferując smakołyki i pieszczoty, oddałeś na tresurę za pomocą bata i łańcucha, a teraz oddajesz innemu właścicielowi, który będzie kontynuował dzieło... A ty sam nie ubrudzisz sobie przy tym rąk.
Ciekawe, czy uznałeś, że sobie poradzę czy po prostu jestem pionkiem do poświęcenia... Czy naprawdę uważasz, że twoja przyjaciółka potrzebuje asysty kogoś tak niedoświadczonego, czy to jedynie okrutna gra i bawisz się mną tak samo dobrze, jak ja zwykłem się bawić tą bandą odzianych w jedwabie, łaknących nowych wrażeń głupców...? Czy rzeczywiście masz jakieś plany i oczekiwania, czy po prostu jesteś ciekaw efektów tej zabawy...?
Zresztą nie ma to żadnego znaczenia. Przy tobie pierwszy raz naprawdę poczułem, że żyję; że jestem kimś więcej niż jedynie wygnańcem i wyrzutkiem, lub rzadkim okazem, który warto dodać do swojej kolekcji choćby i na chwilę.
- Dłonią w białej rękawiczce elf musnął niewielką srebrną broszę przypiętą do surduta i po raz kolejny się uśmiechnął. - A to jest dług, którego nie wymaże żadna ilość złota, więc masz mnie w garści, Heruamin, chyba że mój Ojciec kiedyś mnie odnajdzie i zapewne zabije za sprowadzenie hańby na jego rodzinę...

Przerwał krzątaninę przy toaletce. Dawno już nie myślał o swoich rodzicach. Zdawał sobie sprawę, że po tym, co zrobił, nie mógł się im pokazać na oczy, bez względu na to ile lat upłynie. Wątpił, żeby ojciec kiedykolwiek zapomniał o występku syna. Nadal doskonale pamiętał jego fanatyczne niemal przywiązanie do dyscypliny i prawa – każdy powinien ponosić konsekwencje własnych czynów... Chociaż jeśli ojciec nie odnalazł go przez parę lat, mimo że Shinma wcale nie próbował się ukrywać, to może rodzice po prostu wyrzucili z pamięci jego istnienie – wyrzekli się go i zapomnieli, że kiedykolwiek mieli syna. Z pewnością tak byłoby lepiej, chociaż ta myśl mimo wszystko bolała.

W tym momencie to nie ma żadnego znaczenia...

Podniósł wzrok na metalową taflę lustra. Spojrzenie ciepłych brązowych oczu nie płonęło już gniewem jak wtedy - kilkanaście lat temu, kiedy w pośpiechu opuszczał jjedyne miejsce, które nazywał domem. Z długiego kruczoczarnego warkocza, który niegdyś zaplatała jego matka, też nic nie pozostało – odgarnął z twarzy kilka kosmyków włosów ledwie sięgających podbródka. Nie miał na sobie luksusowego stroju ani kosztownej biżuterii – zastąpiła je szara liberia z fioletowymi wykończeniami, która – choć niewątpliwie elegancka - z pewnością należała do sługi. W tej chwili nie istniał Shinma’onari Verian-yll Finiande Yenearsira Tel'Domeduathea...

Teraz nazywasz się Sebastian, czy jakkolwiek twoja nowa właścicielka zechce cię nazwać. Jesteś lokajem... nie, własnością Pani Giocosy Cor-sanatan. Twoja Pani może cię traktować, jak jej się żywnie podoba, a ty zaciśniesz zęby, będziesz to znosił bez protestu i robił wszystko, żeby była zadowolona, zakładając, że to w ogóle możliwe...
I lepiej szybko przyzwyczaj się do tej myśli - pierwsze takty uwertury już za tobą, a ty dalej nie znasz zbyt dobrze swojej roli...


Przerwał rozmyślania i przyjrzał się krytycznie efektowi swojej pracy. Zmarszczył brwi, gdy jego spojrzenie padło na zakurzony pas i plecak. Ostrożnie oczyścił obie rzeczy. Pas został schowany, a Shinma jeszcze przez moment przyglądał się plecakowi, jednak szybko uznał, że nie będzie ryzykował jego otwierania bez polecenia, zarówno ze względu na zawód właścicielki, jak i jej domniemany wybuchowy charakter; w tym wypadku trudno było ocenić, co mogło okazać się bardziej niebezpieczne, chociaż miał co do tego pewne podejrzenia. Opuścił wieko pustego kufra, a klucz zostawił na toaletce. Wygładził narzutę na łożu i poprawił ozdobne poduszki. Obrzucił ostatnim spojrzeniem sypialnię i, nie znajdując nic więcej, co mógłby w tej chwili zrobić, wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zatrzymał się w salonie. Tutaj nic się nie zmieniło. Tęsknym wzrokiem spojrzał na karafkę z rubinowym płynem. Wcześniej próbował wina, żeby ocenić jego jakość. Było całkiem dobre, zwłaszcza jak na zajazd gdzieś na rubieżach Cesarstwa. Teraz miał ochotę po prostu usiąść i się napić...

Zapomnij! Wystarczająco podpadłeś na początek. Musisz się bardziej przyłożyć. Przecież doskonale wiesz, czego oczekuje się od sługi. Skoro potrafisz być przekonujący jako zauroczony kochanek, to i z rolą lokaja sobie poradzisz...

Wziął głęboki oddech, poprawił i tak nieskazitelny surdut i wyszedł z salonu, a później z apartamentu. Miał jeszcze zamówić obiad.
Zszedł do hallu i skierował się prosto do potężnego biurka, gdzie urzędował człowiek zajmujący się potrzebami gości. Słysząc kroki na kamiennej posadzce, mężczyzna podniósł wzrok znad ksiąg.

- W czym mogę panu pomóc? - zapytał, kiedy elf podszedł bliżej.

Shinma'onari pozdrowił go skinieniem.

- Moja Pani życzy sobie zjeść przepiórkę na obiad. Prosiłbym o dostarczenie dania do jej pokoi.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pt, 7 maja 2010, 10:33 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
Szybki rzut oka na pomieszczenie, do którego weszła, pozwolił Bronwyn na mało radosną konstatację, że raczej nie pasowała do tego miejsca.
Krowa na salonach... Tommen Jorgenbrass, podwładny ojca, umarłby ze śmiechu jakby mnie zobaczył w takim miejscu – pomyślała dziewczyna i uśmiechnęła się kwaśno.


* * *
Tommen zawsze kpił z Bronwyn: z jej wzrostu, zbyt dużych stóp i rąk. Nawet wtedy, kiedy już wyrosła na silną dziewczynę, nie przestawał jej zaczepiać. Ojciec kazał jej ignorować przygłupa, ale było to bardzo trudne zadanie. Bronwyn zawsze była wybuchowa i ciężko jej było znosić tego śmierdzącego rybą i zjełczałym bobrzym tłuszczem idiotę.
Jednego dnia nie wytrzymała, podeszła do Tommena i powiedziała:

- Cztery lata znosiłam twoje zaczepki, ty kupo foczego łajna, – wycedziła przez zęby, kiedy kolejny raz z niej zadrwił. - Tym razem przesadziłeś, łosi wyskrobku.

Podeszła do niego i walnęła na odlew. Tommen był tak zaskoczony, że nie zareagował od razu. Zachwiał się i o mało nie przewrócił w błoto. Spojrzał na dziewczynę, która stała z zaciśniętymi pięściami, gotowa do ataku. Otarł krew z rozciętej wargi i wyprostował się.

- Rozumiem, że chcesz, żebym ci przetrzepał to wielkie dupsko? - Wściekły Tommen złapał za stojące widły.

Widząc oręż, Bronwyn roześmiała się.

- Zobaczcie, - krzyknęła, - czym nasz wojownik zamierza walczyć! Z widłami nadajesz się do przerzucania gnoju, Tommen, nie do walki.

Tommen nie był jej dłużny:

- A ty czym zamierzasz walczyć, jałówko? Cyckami?- zaśmiał się pogardliwie.

Rozejrzała się wokół w poszukiwaniu broni. Kątem oka dostrzegła ojca, który w tym momencie stanął w progu.

- Dość tego! Bronwyn, do izby, Tommen, odłóż widły; to narzędzie pachołka, a nie woja.

Bronwym wiedziała, że to rozkaz. Spojrzała pogardliwie na Tommena, splunęła i ruszyła w kierunku ojca.

– Jeszcze się z tobą policzę, gnojowy woju – szepnęła.

Miała wtedy 16 lat.

* * *

Krowa na salonach. Tak, Tommen miałby używanie- raz jeszcze powtórzyła w duchu. W tym momencie dostrzegła stół i stojącego za nim wypomadowanego cudaka z dziwnymi wąsami. - Widocznie bogacze mają upodobanie do takich - pomyślała i ruszyła w kierunku człowieka z cienkim wąsikiem. Przy stole dostrzegła jeszcze jedną postać. - O, proszę, i liściasty do kompletu - pomyślała.

- Witam, – zwróciła się do człowieka za ladą, zupełnie ignorując elfa. - Mam list dla pani Giocossy Cor-sanatan. Z moich informacji wynika, że jest tutaj gościem. Czy może mi pan wskazać jej pokoje?



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pt, 7 maja 2010, 14:54 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Gospodarz Srebrnej Łodzi zawahał się wyraźnie, a na jego twarzy odmalował się wyraz konsternacji. Zmierzył spojrzeniem wysoką blondynkę uzbrojoną w wyniosłe spojrzenie i długą włócznię, po czym zerknął niepewnie na jeszcze wyższego elfa w białych rękawiczkach. Podejmował decyzję.

- Myślę, że trafiła tu pani w doskonałym momencie - powiedział wreszcie, rozważywszy dostępne opcje. - Obecny tu pan, - skinął głową w stronę chudego ostroucha, - jest osobistym sługą pani Cor-sanatan. Jestem pewien, że chętnie zaaranżuje spotkanie.

Bronwyn przyjrzała się elfowi uważniej: wyraźnie górował nad nią wzrostem, choć nie mógł ważyć dużo więcej - miał długie chude nogi, a białe rękawiczki podkreślały nadgarstki cienkie jak gałązki. Lśniące w lisiej twarzy oczy patrzyły na nią beznamiętnie. Do klapy kaftana liściasty przypiętą miał srebrną broszkę.
Nigdy w życiu nie słyszała o elfie, który byłby służącym...

Mężczyzna z wąsikiem także zwrócił się ku ostrouchemu:

- Wydam kuchni odpowiednie dyspozycje, - powiedział. - Obiad zostanie dostarczony niezwłocznie po przygotowaniu. Czy pani Cor-sanatan ma jeszcze jakieś życzenia?

- Dziękuję - elf skinął głową nawet nie spojrzawszy na człowieka za biurkiem. Popatrzył badawczo na wojowniczkę. - Hmm... Może jeszcze dodatkowy puchar, na wypadek gdyby moja Pani zechciała przyjąć gościa - dodał po chwili uśmiechając się uprzejmie do mężczyzny.

Gospodarz skinął głową i zadzwonił niewielkim dzwonkiem. Niemal natychmiast pojawiła się schludnie ubrana dziewczyna, która obrzuciła parę przy biurku ciekawskim spojrzeniem, po czym spuściła głowę i podeszła do zwierzchnika, aby przyjąć wydawane cichym głosem polecenia.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pt, 7 maja 2010, 23:25 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onariego rozbawiła reakcja pracownika zajazdu. Zaczął się zastanawiać, co zrobiłby ten człowiek, gdyby elfa akurat tutaj nie było. Czy beztrosko posłałby tę dzikuskę na górę, czy raczej kazałby jej poczekać, a sam przekazałby najpierw wiadomość za pomocą personelu? Po tym, jak w danym miejscu rozwiązywano tego rodzaju sprawy, można było zwykle poznać klasę lokalu, a raczej - jego obsługi.
Wielu kupców i szlachciców lubowało się w ociekających bogactwem wnętrzach i suto zastawionych stołach, w zamian za które szczodrze sypali złotem. Byli jak dzieci, które mając pełne ręce zabawek, wciąż chciały więcej...

Tak jakby piękno utworu zależało od ilości ozdobników...

Nie lubił takich ludzi i zwykle szybko zaczynał unikać ich towarzystwa. Wolał spędzać czas pośród osób, które bardziej ceniły sobie dyskrecję i spokój połączone z elegancją - według elfa była to z pewnością doskonalsza strona luksusu.
Wiedział, czyją przyjaciółką była jego nowa Pani, więc kiedy przyjechawszy do Thoris szukał zakwaterowania dla niej, zdecydował się na Srebrną Łódź. Właśnie dlatego, że z całego tego zapomnianego przez Cesarza miasteczka najbardziej przypominała mu najlepsze lokale innych miast Imperium: była położona w spokojnej dzielnicy, na uboczu, z dala od głównych arterii miasta, nie była zatłoczona, wnętrza były urządzone ze smakiem i nie męczyły oczu nadmiarem ornamentów, a służba była cicha, dyskretna i zawsze gotowa na wezwanie...

I taki właśnie powinieneś być ty... Ciekawe, jak sobie poradzisz... - zadrwił z siebie w duchu.

Gdy tylko mężczyzna przyjął jego zlecenia, Shinma całkowicie stracił zainteresowanie obsługą zajazdu. Pozostawała jeszcze sprawa dzikuski... Nie mając pojęcia, czy ta paradująca z bronią kobieta była znajomą jego Pani, czy tylko bezimiennym posłańcem, elf postanowił nie ryzykować gafy. Co prawda nie wyglądała na nikogo istotnego, ale skąd miał wiedzieć z kim zadawali się magowie? Jednakże bez względu na relację blondynki z czarodziejką, jego Pani z pewnością nie byłaby zbyt szczęśliwa, gdyby wracając z kąpieli zastała w swoich pokojach niespodziewanego gościa.
Shinma'onari przypuszczał, że list miał trafić do rąk własnych adresatki - inaczej ta kobieta po prostu zostawiłaby go gospodarzowi zajazdu. Z drugiej strony, prości ludzie często wykazywali się brakiem zaufania. Tak jakby nie rozumieli faktu, że dobrze prosperujący lokal musiał dbać o reputację, jeśli chciał zachować swoją zasobną klientelę. Tak, zaufanie do świadczonych usług często było kluczowe...

Skoro mężczyzna za biurkiem nie był wystarczająco dobrym odbiorcą, to ty zapewne też nie będziesz, a zatem nie masz innego wyjścia, jak tylko poprosić tę, jakże uroczo wyglądającą damę o odrobinę cierpliwości...

Złożył kurtuazyjny ukłon, w którym nie było ani śladu uniżoności. Wyprostowawszy się powoli na całą wysokość, odgarnął kruczoczarne włosy z twarzy i ponownie spojrzał na kobietę. Tym razem z uśmiechem, który ożywił jego ciepłe, brązowe oczy. Ani potężny wzrost, ani dziwacznie szczupłe ciało nie powodowały żadnej niezgrabności ruchów elfa. Wydawał się doskonale panować nad przestrzenią wokół siebie.

- Obawiam się, że w tym momencie moja Pani nie przyjmie posłańca - zaczął bardzo uprzejmym, ale stanowczym tonem; jego głos był niezwykle miły dla ucha, niemal mruczący. - Byłbym wdzięczny, jeśli zechciałabyś się rozgościć, Pani, i poczekać - dodał, zapraszającym gestem wskazując drzwi do jadalni. - Mają tu doskonały wybór win. Kiedy tylko moja Pani będzie mogła się z tobą spotkać, niezwłocznie zostaniesz o tym powiadomiona. Nie powinno to zająć zbyt wiele czasu.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: So, 8 maja 2010, 07:10 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pt, 19 mar 2010, 08:51
Posty: 9
Bronwyn spojrzała na elfa i mimowolnie uśmiechnęła się .

Jaki gładziutki i piękniutki liściasty – pomyślała złośliwie – I to ubranko spod igiełki. Rozumiem, dlaczego taki oszczędny w ruchach. Jakby się intensywniej ruszał, to jego nieskazitelne wdzianko mogłoby się pomarszczyć i przestałby być taki równiutki. Ale bestyjka ładna, nie ma co.

* * *

- Bron, pamiętaj – Lisia Matka, zielarka, przerwała segregowanie ziół, – mężczyzna musi być odpowiedni… - zastanowiła się i sprecyzowała - … być odpowiednich gabarytów. Masz, obierz czosnek. – Przerwała na moment, by sięgnąć po korzeń pięciornika.

- Nie ufaj dwóm typom mężczyzn: za chudym i żylastym - to znamionuje złośliwość i podstępny charakter, oraz tłustym. Teraz pokrój czosnek, tylko drobno- dała dziewczynie nóż. - Tłusty mężczyzna jest leniwy i lubieżny. Nie poluje i nie walczy. – Otarła pot z czoła i zaczęła stawiać kociołek na ogniu. - Omijaj z daleka tych, którzy są za bardzo uniżeni wobec ciebie, zapewne czegoś od ciebie chcą. Tymi pogardzaj. Drobniej, Bronwyn, drobniej! Masz takie niezgrabne palce – Zacmokała z dezaprobatą. - Mężczyzna musi być silny i zwinny. Odważny. Rozważny.

- Unikaj mężczyzn śmierdzących, mogą być chorzy albo są zwykłymi niechlujami. – Lisia Matka zaczęła wrzucać do gotującej się w kociołku wody wybrane wcześniej zioła. - A nade wszystko unikaj elfów. Liściasty może być gładki jak sam demon. Nie ufaj jego urodzie i łagodnym oczom. Bądź czujna. Kontakty ograniczaj do minimum…

- No dobrze, gotowe –podała Bronwyn kubek z gorącym naparem. - Zanieś to ojcu. Niech wypije duszkiem. Sraczka minie jak ręką odjął. A jak się będzie krzywił i wyrzekał, że niedobre, to powiedz mu, że jak nie przestanie biadolić, sprawię, że poczuje się, jakby go niedźwiedź wychędożył.


* * *

- Wybacz, Panie - Bronwyn zwróciła się w kierunku efiego galanta, – ale nie mam czasu ani na rozgaszczanie, ani na czekanie. Tutaj – podała tubę elfowi – jest list dla twojej pani.

Oddaj go jej, spal, zjedz z kaczką na dziko, nie dbam o to. Chociaż ta tuba wygląda mi na ciężko strawną.

- Wierzę, że zadba pan, by przesyłka dotarła bezpiecznie do adresatki. Ja wrócę do swoich zajęć - Ty, ostrouchy, i tak nie wyglądasz na zachwyconego perspektywą dotrzymania mi towarzystwa, wiec sama nie będę tu czekać. - Żegnam – uśmiechnęła się, wykonała ledwie dostrzegalny ukłon i skierowała się w stronę wyjścia.

Idąc w kierunku drzwi Bronwyn pomyślała: Od tej całej elegancji już mnie tyłek zaczął swędzieć. Przejdę się do Gościńca Victora. Towarzystwo mniej wyprasowanych i wyglansowanych ludzi dobrze mi zrobi.



_________________
"Dziś jest dobry dzień, żeby umarł ktoś inny"
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So, 8 maja 2010, 16:24 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Elf przyjął przedmiot i skinął głową.

Jak można się było spodziewać: ludzie niskiego stanu są dużo prostsi od tych szlachetnie urodzonych. Kiedy zaproponuje im się spędzanie czasu w miejscu, w którym czują się nieswojo, i w towarzystwie, które im nie odpowiada, po prostu odmówią. A leśni odmieńcy należą do najmniej pożądanych towarzyszy... - zaśmiał się w duchu, ale nic nie zmąciło spokoju na jego twarzy. - Chociaż twoja Pani bez wątpienia wygrywa z tobą w przedbiegach. Nie dość, że również ma w sobie krew zdradliwych istot z lasu, to jeszcze potrafi rozpalać ogień za pomocą słów i z pewnością każdego oczaruje jej urocza osobowość...

- Oczywiście - ukłonił się tak samo jak wcześniej. Kiedy kobieta się odwróciła, na jego twarzy pojawił się okrutny uśmiech.

Doskonale. Jeden problem rozwiązany. I to dużo łatwiej, niż sądziłem. A teraz dość rozrywek, czas wracać do piekła.

Odwrócił się ponownie w stronę mężczyzny za biurkiem.

- Kielich jednak nie będzie potrzebny - powiedział, wskazując tubą na wychodzącą wojowniczkę i, nie czekając na odpowiedź, szybkim krokiem ruszył na górę.

Zamknął za sobą drzwi apartamentu, oparł się o ścianę i przymknął oczy. Panująca dokoła cisza sugerowała, że jego Pani jeszcze nie wróciła z łaźni. Odetchnął głęboko. Miał przeczucie, że w najbliższej przyszłości każda chwila z dala od czarodziejki będzie niczym dar od bogów.
Zaniósł list do salonu i powrócił do pomieszczenia, w którym od kilku dni mieszkał, i które już stało się dla niego synonimem więzienia. Przez chwilę spacerował po pokoju - schował czytaną wcześniej książkę, napił się wody, dosunął krzywo stojące krzesło. Miał ochotę wyjąć skrzypce i uspokoić się jakąś etiudą, ale nie chciał ryzykować rozdrażnienia Pani hałasem. Co prawda był przekonany, że bez względu na jego działania czy zachowanie, magini i tak znalazłaby jakiś pretekst do krytyki i powód do niezadowolenia. Miał nawet wrażenie, że właśnie do tego był jej potrzebny - żeby miała się na kim wyładować.

Mówią, że muzyka łagodzi obyczaje... Ale niektóre obyczaje złagodzić może jedynie sztylet wbity w serce podczas snu...

Jednak stojąc na aktywnym wulkanie i nie znając gruntu pod stopami, nie chciał ryzykować zbyt dalekich wycieczek, więc skrzypce - póki co - pozostały bezpiecznie zamknięte w futerale. Najgorsze było, że nie miał zielonego pojęcia, czego tak naprawdę oczekiwała od niego nowa właścicielka. Ewidentnie nie była entuzjastycznie nastawiona do perspektywy posiadania towarzystwa. Ale jednak nie kazała mu się wynosić...

Czy ją też z takim wdziękiem wmanewrowałeś w tę sytuację, Heruamin? Jaki właściwie masz w tym cel? Co zamierzasz osiągnąć? - uśmiechnął się na wspomnienie swego pięknego przyjaciela, ale zaraz skarcił się w duchu. - Pionek ma wypełniać polecenia gracza, a nie roztrząsać jego taktykę.

Jedno było pewne - zgadzając się na tę rolę, wyrzekł się właściwie wszystkich swoich praw, a przypuszczał, że ten kontrakt nie zawierał postanowień, które by go chroniły...



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Cz, 13 maja 2010, 21:44 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Bronwyn nie dzieliła ludzi na szlachtę i prostaków. Teoretycznie mogła: jej ojciec był uznanym wojownikiem i dobrze sytuowanym członkiem Starszyzny; ale jej lud nie uznawał takich podziałów. Ludzie mogli być bogaci lub biedni, ale o ich wartości stanowiło, czy potrafili wyżywić siebie i swoją rodzinę. Bogaci pomagali tym, którym się nie szczęściło, ale leniwych zostawiali samym sobie. Okrutnych i zdrajców zaś sądzili z całą surowością, na jaką stać było lud Północy.
Odkąd zaczęła swoją podróż po Cesarstwie, wojowniczka nie potrafiła zrozumieć, jak wymuskani bogacze mogli żyć ze świadomością, że poza ich ogrodami głodem przymierają ludzie, których jedyną winą było przyjście na świat po niewłaściwej stronie muru. Tutaj nie wspierano mniej szczęśliwych - pozwalano im gnić w nędzy.
Była przekonana, że wielu biedaków mogłoby doskonale wykonywać robotę tej ostrouchej lalki, ale nie byliby równie atrakcyjni dla pracodawcy, jak egzotyczny elf...
Wzruszyła ramionami - nie do niej należało zmienianie świata.

Skoro odpowiada im taki stan rzeczy, to niech duszą się w oparach swoich pudrów i pachnideł. Bogowie są kapryśniejsi niż moja siostrzyczka; jeszcze im pokażą... - pomyślała rozbawiona.

Jedyną rzeczą, jaką najchętniej by zmieniła, była pogoda. Cesarstwo miało - teoretycznie - umiarkowany klimat, ale tegoroczne lato okazało się być zupełnie nieznośne: żar lał się z nieba, wyciskając ze wszystkich strumienie potu i sprawiając, że zmęczenie przychodziło po lada wysiłku. Nawet spacer ulicami miasteczka stanowił wyzwanie - Bronwyn czuła przyklejoną do pleców koszulę i strużkę potu płynącą po skroni. Dużo lepiej radziła sobie z zimnem - na Północy mieli krótkie deszczowe lata i długie, srogie zimy - do śniegu i mrozu była przyzwyczajona. Nadmiar słońca i niemal pustynnych temperatur wykańczał ją skuteczniej niż forsowny trening.
Zresztą - nie tylko ją: mieszkańcy Thoris chronili się w każdym spłachetku cienia, jaki można było dostrzec - przemykali ulicami, starając się ukryć przed słońcem, choć zaduch doganiał ich wszędzie.
Ale pogoda nie wystarczała, by zaniechać codziennych obowiązków. Trzeba było ją zaakceptować i jakoś sobie poradzić.

... spływając potem i zdychając z upału...

Zapraszam serdecznie do GOŚCIŃCA VICTORA, Bronwyn. A.

* * *

Spokój nie trwał długo. Drzwi otworzyły się gwałtownie, gdy Giocosa wkroczyła do pokoju. Powłóczysta tunika z ciemnofioletowego jedwabiu wydymała się przy każdym kroku, sprawiając wrażenie szarpanej nieistniejącym wiatrem. Czarodziejka pachniała bzem.
Shinma skłonił się z szacunkiem.

- Pani, dostarczono dla ciebie list. Leży na stole - powiedział nie podnosząc głowy.

Kobieta bez słowa minęła elfa i weszła do salonu. Czarna fala gęstych włosów kołysała się za nią, lśniąc i mieniąc się refleksami czerwieni i granatu. Po krótkiej chwili Shinma'onari usłyszał zamykające się drzwi sypialni. Tuba z wiadomością nadal leżała tam, gdzie ją położył.
Mimowolnie odetchnął z ulgą - kobiety zazwyczaj ubierały się długo i starannie; ich stroje wymagały uwagi i dokładności - wszystkie te sznurówki, haftki i falbanki stanowiły straszliwa plątaninę, w której nawet obznajomiony z ich tajnikami mężczyzna potrafił sie pogubić. Do tego dochodziło szczotkowanie i układanie włosów, makijaż i kilkakrotne zmiany decyzji w kwestii biżuterii.
Może jednak miał czas, żeby poczytać? Szybko zganił się za rozprężenie, musiał trwać na posterunku...

Raz jeszcze obrzucił spojrzeniem swoją kwaterę - jasne ściany, zieloną pluszową zasłonę oddzielającą wygodne łóżko od części dziennej pokoju, zgrabne meble o wdzięcznie wygiętych nogach. Jak na karczmę na końcu świata, Srebrna Łódź prezentowała zadziwiająco przyzwoity standard. A to było pomieszczenie przeznaczone dla służby...
Czarodziejka miała do dyspozycji sypialnię i przestronny salon o ciemnozielonych ścianach i dużych oknach przesłoniętych złocistymi zasłonami. Podłogę przykrywał gruby dywan o skomplikowanym wzorze. Nieliczne znajdujące się tu meble wykonano z lśniącego drewna o głębokiej barwie. Niski stolik ustawiono przy wygodnej sofie obitej zielonym atłasem i bliźniaczych fotelach w tej samej tkaninie; na długiej komodzie pysznił się wielobarwny wazon i zmyślny czasometr o ozdobnej tarczy. Ostatnim meblem była smukła szafka o przeszklonych drzwiach - kosztowne cacko, na które pozwolić mogli sobie tylko najbogatsi; na półkach ustawiono kilka drobnych precjozów, podkreślających dyskretnie prawdziwą wartość wnętrza.

Żeby nie stać bezczynnie, Shinma'onari przeszedł do salonu i upewnił się, że i tutaj wszystko było w najlepszym porządku: poduszki na sofie należycie miękkie, kwiaty w wazonie świeże, wino smaczne, kielich czysty. Ani śladu kurzu na sprzętach - zadbał o to rano.
Rozsunął nieco zasłony, by do pokoju wpadło więcej światła - nie znał jeszcze przyzwyczajeń swej Pani, musiał szybko zacząć się ich uczyć. Wiedział jednak, że piękne kobiety ceniły możliwość eksponowania swej urody, dopiero wiek wyzwalał w nich zamiłowanie do rozproszonego blasku świec skrywającego zmarszczki i barwiącego przywiędłe policzki.

Po drugiej stronie ulicy znajdowała się kamienica z czerwonej cegły. W oknie na piętrze siedziała młoda dziewczyna, ze znudzoną miną patrząca na nielicznych przechodniów. Machinalnie głaskała małego psa o płaskim pysku.

- Możesz wprowadzić posłańca - Shinma wzdrygnął się na dźwięk głosu Giocosy. Nie słyszał, kiedy weszła.

Czarodziejka siedziała na sofie i właśnie otwierała tubę z listem. Miała na sobie szarą suknię i dobraną przez elfa biżuterię. Włosy zostawiła rozpuszczone, tylko z boku podpięła je grzebieniem z ciemnofioletowego kamienia.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pt, 14 maja 2010, 01:28 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Elf szybko odzyskał rezon i ukłonił się. Pozornie ukłon był taki sam, jak ten, który zaprezentował w hallu, rozmawiając z wojowniczką; jednak tym razem było widać, że nie był to jedynie wyraz kurtuazji.

Fiolet, fiolet! - skarcił się w myślach. - Zapomniałeś o fiolecie.

- Posłaniec jedynie zostawił list i odszedł, Pani - powiedział cicho.

Czarodziejka rozwinęła pergamin i zaczęła czytać. Wyciągnęła dłoń po kieliszek.

- Co z obiadem?

Widząc gest, Shinma przyklęknął przy niskim stoliku i nalawszy wina do pucharu, podał napój magini.

Musisz się bardzo szybko uczyć...

- Obiad zamówiony, Pani - powiedział wstając i odsuwając się o kilka kroków.

Wystarczająco daleko, żeby zostawić twej właścicielce prywatną przestrzeń, ale na tyle blisko, żeby móc reagować na jej życzenia... - pouczał się w duchu. Wiedział, że pierwszy dzień będzie dla niego największym wyzwaniem i potrzebował całej swojej koncentracji i uwagi.

Na pełnych wargach kobiety zadrżał uśmiech. Spróbowała wina, nie odrywając wzroku od listu. Przełożyła stronę.

- Mhm... - mruknęła nieuważnie. - Dobrze, dobrze...

Spojrzenie Giocosy prześlizgiwało się po kolejnych liniach tekstu. Kobieta podkuliła nogi i usiadła wygodniej. Zdawało się, że zapomniała o obecności sługi.
Elf stał wyprostowany, nie patrząc bezpośrednio na panią i nie pozwalając sobie na rozluźnienie.

Wygląda na to, że przynajmniej nie są to złe wieści - pomyślał z pewną ulgą. - Inaczej tobie by sie oberwało w miejsce posłańca...

Gdy magini skończyła czytać, podniosła wzrok na Shinmę. Jej oczy migotały.

- Kto przyniósł list? - zapytała.

- Wysoka kobieta uzbrojona we włócznię, Pani.

Czarne brwi uniosły się nieznacznie.

- Ciężkie czasy wymagają wszelkich środków - w głosie kobiety brzmiało rozbawienie. - Nie sądziłam, że...

Popatrzyła uważnie na elfa.

- A skoro o wszelkich środkach mowa... Powiedz mi, Sebastianie, co ja mam z tobą zrobić? - rozparła się na poduszkach i popijała wino, a ogień tańczący w jej oczach uniemożliwiał określenie ich koloru. - Co umiesz? Do czego się nadajesz?

- Zanim twój przyjaciel oddał mnie do twojej dyspozycji, Pani, zapewnił mi poszerzenie wiedzy w kwestiach heraldyki i geografii, jak również trening szermierki - zaczął elf pokornym tonem, kłaniając się ponownie. - Nie wiem, czego możesz sobie życzyć, ale poinstruowano mnie wyraźnie, że cokolwiek to będzie, mam się podporządkować twoim rozkazom. Postaram się nauczyć wszystkiego, czego będziesz wymagać, żebym mógł być ci przydatny.

Z pewnością doskonale wiesz, że możesz zrobić ze swym sługą, co zechcesz, więc po co jeszcze maltretujesz go tymi pytaniami?

Twarz czarodziejki pozostała nieodgadniona, tylko zmrużone oczy zwęziły się jeszcze bardziej.

- Nie o to pytałam.

W rzeczy samej, Pani, w rzeczy samej... Niestety, chyba nie ma nic, czym twój sługa mógłby ci zaimponować... Dostałaś mało przydatny podarek.

- Ponad połowę życia spędziłem pośród ludzkiej szlachty, Pani. Więc obawiam się, że poza tym, czego uczono mnie w dzieciństwie, umiem niewiele więcej niż ci ludzie - elf mówił takim samym tonem, jak wcześniej, ale wypowiedzenie tych słów po raz kolejny uświadomiło mu, ile czasu zmarnował; a była to bardzo bolesna prawda. - Znam język Slaav i, oczywiście, mój język ojczysty, gram na skrzypcach, próbowałem większości szlacheckich rozrywek, a obowiązki służby znam jedynie z obserwacji - dokończył i pochylił głowę.

I sam również nie mam pojęcia, do czego mógłby ci się przydać taki nieudacznik... Ale to nie był mój pomysł.

Kobieta przechyliła głowę i odstawiła kieliszek.

- Przynieś skrzypce i zagraj - powiedziała krótko.

Elf podniósł na nią zdziwione spojrzenie, ale natychmiast się opamiętał. Ukłonił się i bez słowa wyszedł z salonu.
Położył futerał z instrumentem na stole, otworzył go i przyglądał się przez moment zawartości, zginając i rozprostowując palce, żeby je rozgrzać. A tak naprawdę - żeby odzyskać spokój.

Dlaczego właściwie jesteś taki zaskoczony tą nutą? Nie jest to wcale takie dziwne polecenie. Już tyle razy oczekiwano od ciebie gry przy różnych okazjach... Służba to służba - po prostu rób, co ci każą.

Wziął skrzypce i wrócił do salonu. Stanął na swoim poprzednim miejscu i oparł instrument na ramieniu, zastanawiając się, co powinien zagrać. Zajęło to jedynie krótką chwilę. Kiedy podniósł smyczek, już wiedział.
Rozległa się spokojna, nieco smutna melodia, w której pobrzmiewała tęsknota. Był to jeden z ulubionych utworów elfa - nie był skomplikowany i nie stanowił wielkiego wyzwania dla wciąż skromnych umiejętności mężczyzny, ale Shinma lubił jego miękkość; każdy dźwięk rozbrzmiewał łagodnie dzięki temu, że smyczek przesuwał się niemal przy samym gryfie instrumentu, a to w pewien sposób potęgowało melancholijność melodii.
Świeżo upieczony lokaj niemal zapomniał, gdzie był i kto go słuchał. Kiedy brał do rąk skrzypce, wszystko inne traciło znaczenie...



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 19 maja 2010, 14:08 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Kiedy smyczek zatrzymał się, rozległo się pukanie do drzwi.
Shinma'onari skłonił się i ruszył ku wejściu, po drodze odkładając instrument. Na progu czekała schludnie ubrana pokojówka o piegowatej twarzy i jasnych warkoczach zwiniętych w koronę. Dygnęła na widok wysokiego elfa i zarumieniła się po same uszy.

- Obiad, panie - wymamrotała speszona, wyciągając przed siebie drewnianą tacę, na której ustawiono nakryty półmisek i niedużą miseczkę z warzywami. W drugiej ręce dziewczyna trzymala koszyk z lśniącymi owocami.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 19 maja 2010, 18:45 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari wziął tacę, obdarzając dziewczynę uprzejmym uśmiechem, jakby w ogóle nie zauważył jej reakcji.

- Dziękuję - skinął głową.

Fakt, że ludzie w ogóle nie potrafili ukrywać swoich emocji, nigdy nie przestawał go dziwić, ale zwykle udawał, że tego nie dostrzegał. A była to tylko jedna z tysiąca rzeczy, które nauczył się udawać przez ostatnie kilka lat.

Dziewczyna dygnęła i odeszła. Zamykając za nią drzwi, elf uświadomił sobie, że czegoś mu brakowało. Co prawda jego blade dłonie niewiele różniły się kolorem od rękawiczek, ale jednak już nie grał na skrzypcach. Odłożył tacę na stół i szybko założył brakujące części uniformu sługi. Ostatni raz rzucił okiem na leżący na stole instrument. Nigdy nie lubił grać dla publiczności. Wiedział, że ludzi bardziej interesował jego egzotyczny wygląd niż muzyka, a wszelkie prośby o zaprezentowanie jego talentu miały na celu głównie zapewnienie publiczności wymówki, żeby mogli się na niego gapić bez skrępowania. Jednak dla czarodziejki z pewnością nie wyglądał egzotycznie...

Przyjrzał się krytycznie zawartości tacy i upewniwszy się, że wszystko było w porządku, wziął posiłek i wrócił do swojej Pani.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pn, 16 sie 2010, 00:52 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Giocosa siedziała w malowniczej pozie, wyciągnięta wygodnie na sofie. Fałdy sukni spływały na podłogę połyskującymi kaskadami. Kobieta ponownie przeglądała list, który przyniosła dziewka z włócznią. Usta czarodziejki drżały nieznacznie, jakby próbowała powstrzymać się od śmiechu.

Choć uroda Giocosy Cor-sanatan nie wpasowywała się gładko ani w kanony piękna ludzi, ani Starej Rasy, Shinma'onariemu trudno było oderwać wzrok od jego nowej pani. Wysokie kości policzkowe i skośne oczy zdecydowanie odziedziczyła po elfich przodkach, ale grube czarne brwi i pełne usta zdradzały domieszkę ludzkiej krwi i - choć kuszące - dopełniały ogólnego wrażenia trudnej do okiełznania dzikości.
Ciało miała smukłe i drobnokościste jak elfie kobiety, ale krągłość bioder przekraczała granice rasy.

Ponownie spojrzał na twarz czarodziejki i napotkał bystre spojrzenie. Oczy też miała niezwykłe - migoczące, ciemne, zdawały się zmieniać kolor przy każdym ruchu - czerń, fiolet, głęboka czerwień - nie sposób było jednoznacznie określić ich barwy.
Teraz połyskiwały ametystowym blaskiem.

- O, nareszcie obiad - zauważyła z uśmiechem kobieta, zwijając list i wsuwając go do tuby.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So, 16 paź 2010, 00:18 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari spuścił wzrok uwalniając się od hipnotyzującego spojrzenia kobiety i podszedł bliżej.

Kolejny błąd. Opanuj się. Sługa nie może patrzeć na swoją Panią w ten sposób... – upominał się w duchu ledwie powstrzymując rozbawienie w obliczu słabości, która jeszcze niedawno była jego siłą. - Musisz szybko zapomnieć o swoim poprzednim życiu, jeśli chcesz sobie poradzić z tym zadaniem... To fakt, nie zdawałeś sobie sprawy, jak trudne okaże się twoje nowe zajęcie i z pewnością nadal niewiele się zmieniło pod tym względem – w końcu to zaledwie przedsmak. Jednak skoro już zgodziłeś się zostać sługą, to musisz utożsamić się ze swoją rolą i stać się najlepszym lokajem, jakiego możesz sobie wyobrazić. Całość ma zostać zagrana rigoroso. Półśrodki nie wchodzą w grę.

Przyklęknął przy stoliku i skupił uwagę na podaniu Pani Cor-sanatan posiłku. Ułożył naczynia, sztućce i serwetkę przed czarodziejką, dbając, by wszystko wyglądało jak najlepiej, po czym wycofał się na swoje wcześniejsze miejsce, odłożył tacę na komodę i stanął wyprostowany, przybierając pozę lokaja gotowego do wypełniania kolejnych obowiązków.

Przynajmniej jedną umiejętność masz już wytrenowaną. Pół życia spędziłeś przyglądając się ludziom w taki sposób, aby nie zdawali sobie z tego sprawy. – zaśmiał się w myślach, wybierając sobie punkt na głębokiej zieleni ściany, na którym skupił spojrzenie. - Dyskretna obserwacja twojej Pani pozwalająca odczytać jej kolejne życzenia, nawet jeśli ich nie wypowie, nie powinna sprawić ci kłopotów. Tylko właściwego odczytywania będziesz musiał się nauczyć...

Przez chwilę czarodziejka kontemplowała znajdujące się przed nią dania, po czym wystudiowanym gestem uniosła widelec i zaczęła jeść.

- Twoje umiejętności robią wrażenie, Sebastianie, - powiedziała spokojnym tonem, przełknąwszy kawałek mięsa, - ale przydałoby ci się jeszcze kilka lekcji. Szczęściem znam kogoś, kto może pomóc ci rozwijać twoje zdolności. Jeśli, oczywiście, będę zadowolona z naszej... współpracy...

Bystre spojrzenie lśniących oczu podniosło się na stojącego nieruchomo mężczyznę. Giocosa przyjrzała się elfowi, jakby zastanawiając się nad czymś.

- Swoją drogą, - kontynuowała swobodnie, - to dość zaskakujący wybór instrumentu jak na przedstawiciela Starej Krwi. Jak to się stało, że nie grasz na fassar-luille albo na tiell'onwe? - miała niemal niezauważalny akcent, ale muzykalne ucho Shinma'onariego wychwyciło go natychmiast.

Elf skłonił się, dziękując zarówno za komplement, jak i za propozycję nauki.

Raczej kilka tysięcy lekcji... - pomyślał, aż zbyt świadomy swoich braków. Z pierwszym nauczycielem rozstał się dość szybko, a o kolejnych wcale nie było łatwo. Skrzypce nie były popularne w świecie ludzi - pojawiły się stosunkowo niedawno, więc mistrzów lutnictwa w Imperium można było policzyć na palcach jednej ręki. Na dobrze wykonany instrument mogli sobie pozwolić jedynie najbogatsi, a znalezienie muzyka, który łączył w sobie talent, dobrą technikę i umiejętność nauczania graniczyło z cudem. Shinma'onari skazany był więc w dużej mierze na samodzielne ćwiczenie swoich skromnych zdolności. - Czyżby moja nowa Pani sądziła, że będę potrzebował dodatkowej motywacji, żeby dać z siebie wszystko? Trzeba przyznać, że jeśli rzeczywiście by tak było, to bezbłędnie odnalazła jedyną możliwą marchewkę, co zapewne oznacza, że ewentualny kij będzie wymierzony równie precyzyjnie... - w jakiś sposób ucieszył go fakt, że stał się podarkiem dla tak spostrzegawczej i bez wątpienia inteligentnej osoby, chociaż to z pewnością czyniło jego zadanie dużo trudniejszym. - Dziękuję, Lirimaer.

- Pochodzę z rodu od wieków pielegnującego tradycję Lindar, więc w dzieciństwie miałem okazję zaznajomić się z instrumentami używanymi w moich rodzinnych stronach, Pani - powiedział podnosząc głowę. W jego głosie nie było ani śladu dumy. Unikał wypowiadania tych samych nazw w Eltharin, żeby czarodziejka nie pomyślała, że chciałby poprawiać jej wymowę. - Być może gdybym dostał do rąk któryś z nich i miał szansę poćwiczyć, przypomniałbym sobie dawne nauki - dodał bez przekonania czy entuzjazmu. - Jednak dopiero skrzypce sprawiły, że... - przerwał, nie do końca wiedząc jak wyrazić to, co chciał przekazać. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad słowami potrzebnymi do wyrażenia swoich uczuć w tej materii, - pokochałem muzykę - zakończył niepewnie, a w tonie głosu pobrzmiewało zakłopotanie.

Masz szansę stać się wirtuozem banału! - zadrwił w duchu.

Przez twarz Giocosy przemknął trudny do zinterpretowania wyraz, a oczy zamigotały.

- A jednak w twoich żyłach płynie też krew wybitnych Megiltura - powiedziała, wbijając widelec w kawałek marchewki. - Ich sztuka nigdy cię nie zainspirowała? Finezja, płynność i rytm mają dla nich tak samo duże znaczenie jak kreatywność, umiejętność zaskakiwania i dążenie do osiągnięcia najwyższej maestrii.

Jak wiele jeszcze o mnie wiesz, Pani...? Czy mój Przyjaciel przekazał ci również najmniej chwalebne szczegóły mojej historii i teraz po prostu doskonale się bawisz przypominając mi rzeczy, do których wolałbym nie wracać?

- Mój ojciec.... - Shinma zawahał się, ale była to jedyna widoczna oznaka bolesnych wspomnień przywołanych słowami czarodziejki - ubolewał nad tym, że nie byłem w stanie spełnić jego oczekiwań, Pani - powiedział bezbarwnym głosem.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Wt, 19 paź 2010, 16:16 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
- W tej chwili powinieneś się martwić jedynie tym, czy jesteś w stanie sprostać moim oczekiwaniom - stwierdziła swobodnie czarodziejka. Uniosła do ust kawałek mięsa i posłała elfowi kolejne niepokojące spojrzenie wielobarwnych oczu.

Zjadła jeszcze kilka kęsów, po czym starannie odłożyła widelec na brzeg talerza. Napiła się wina, wybrała z koszyka kiść ciemnoczerwonych winogron i oparła się wygodnie na sofie. Przez chwilę rozkoszowała się smakiem owoców, po czym znów przypomniała sobie o znajdującym się w pokoju mężczyźnie.

- Twoje obowiązki będą liczne i dość różnorodne - powiedziała rzeczowym tonem. - Począwszy od zajmowania się kwestiami logistycznymi podczas moich podróży, a skończywszy na zapewnieniu sprawnego funkcjonowania mojego domu w stolicy. W gruncie rzeczy twoim zadaniem będzie zadbanie o to, abym nie musiała zawracać sobie głowy sprawami nieistotnymi.
Jestem bardzo zajętą osobą i nie znoszę, kiedy zajmuje mi się czas głupstwami - wytarła palce w serwetkę i uśmiechnęła się krótko. - Dlatego własnie Silinde doszedł do wniosku, że przyda mi się ktoś do... jak on to określił?... usuwania mi kamieni spod stóp... - kolejny zdawkowy uśmiech przemknął przez piękną twarz i zniknął bez śladu.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pt, 22 paź 2010, 12:21 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari słuchał uważnie słów czarodziejki, obserwując równocześnie jej zachowanie i mimikę. Wiedział, że musiał się jak najwięcej o niej nauczyć w jak najkrótszym czasie, by móc w odpowiedni sposób wypełniać swoje obowiązki. Nie przypuszczał, żeby jego Pani zechciała poświęcić swój cenny czas na ułatwianie mu czegokolwiek.

Każde kolejne słowo i gest Giocosy sprawiały, że patrzył na nią z coraz większym podziwem. W jego oczach przywykłych do obserwowania ludzi była niczym doskonała kompozycja muzyczna, w której nie było ani jednej zbędnej nuty. Wydawała się mieć całkowitą kontrolę nad tym, jak wiele informacji przekazywała słowami i zachowaniem.

Zgodnie z naturalną koleją rzeczy po obietnicy marchewki pojawiła się groźba kija, która, mimo że nie sprecyzowana, była wystarczająco mocno zaznaczona, żeby się jej obawiać. Deciso - doskonała taktyka, żeby ustalić porządek, tylko że twój sługa był go świadom jeszcze zanim cię poznał, Pani.

Shinma dziwił się nieco, że jego Przyjaciel nie podarował czarodziejce w pełni wykwalifikowanego majordomusa czy lokaja, który z pewnością lepiej sprawdziłby się w opisanej przez nią roli, ale zastanawianie się nad tym teraz nie miało zbyt wiele sensu. Koncert już się rozpoczął, więc było za późno na zmianę muzyków.

- Tak, Pani – powiedział kłaniając się ponownie.

Była to jego jedyna odpowiedź na wywód Giocosy, ponieważ był przekonany, że magini nie była osobą, dla której deklaracje słowne i obietnice dokładania wszelkich starań miały jakiekolwiek znaczenie. Przypuszczał, że bardziej interesowały ją efekty.

Teraz pozostaje jedynie ustalić, które sprawy są dla ciebie nieistotne, Pani...

Wziął tacę i, przyklęknąwszy ponownie, zaczął zbierać naczynia ze stolika.
Czarodziejka wstała i minęła służącego. Znowu owionął go ciężki, zmysłowy zapach - wyczuwał w nim kwiaty bzu, płonące w kominku drewno, żywicę i kosztowne kadzidło.
Suknia szeleściła cicho przy każdym ruchu.
Stanąwszy przy oknie Giocosa zerknęła na ulicę. Nagle odwróciła się do zmierzającego do wyjścia elfa.

- Rozejrzyj się po miasteczku i sprawdź, czy mają tu jakąś rozrywkę poza podpitymi trubadurami i okazjonalnym mordobiciem - wzięła ze stołu tubę z listem i czerwone jabłko. - Może, wbrew pozorom, jest tutaj coś, co warto zobaczyć przed wyjazdem...

Usłyszawszy pierwsze słowa, Shinma'onari natychmiast się zatrzymał i odwrócił w kierunku magini, aby spełnić wymogi etykiety.

Rozrywki, które mogłyby cię zainteresować, Pani? Nie wydaje się to zbyt prawdopodobne w tym... miasteczku, ale jeśli istnieją, to zrobię wszystko, żeby się czegoś o nich dowiedzieć... Coś, co warto zobaczyć... hmm...

Życzenie nieco go zaskoczyło, ale nie dał tego po sobie poznać. Zresztą nawet biorąc pod uwagę, jak bardzo zajętą osobą mieniła się pani Cor-sanatan, nie było to najdziwaczniejsze polecenie, jakie mógł usłyszeć. Co więcej, oferowało chwilę wytchnienia w postaci samotnego spaceru.
Skłonił się, zręcznie balansując tacą na dłoni.

- Czy potrzebujesz czegoś jeszcze, zanim się oddalę, Pani? - zapytał podnosząc głowę.

Kobieta zawahała się na progu sypialni.

- W drodze powrotnej zajrzyj jeszcze do kuźni - powiedziała po namyśle. - Spodziewam się, że mój koń będzie jutro gotów do drogi. A jeśli przyjechałeś tu inaczej niż konno, zadbaj też o wierzchowca dla siebie.

Drzwi zamknęły się za jej plecami, kończąc rozmowę.

Shinma powstrzymał westchnienie ulgi i wyszedł do swojej kwatery.

Nie powinieneś sobie pozwalać na zbytnie rozluźnienie. Przyzwyczajaj się do dyscypliny.

Odstawił tacę na stół, po czym z wielką troską schował pozostawione wcześniej skrzypce i odłożył futerał. Zmienił buty, uzupełnił strój o kilka drobiazgów, sprawdził, czy miał przy sobie wszystko, czego potrzebował i omiótł spojrzeniem pomieszczenie, upewniając się, że było w należytym porządku.

Ciekawe, czy po jakimś czasie takie rzeczy stają się już nawykiem i nie trzeba się nad nimi zastanawiać...

Wziął ze sobą tacę, żeby jego Pani nie była niepokojona przez służbę i ruszył na dół. Minął potężne biurko w hallu i skierował się do jadalni.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pn, 8 lis 2010, 02:48 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Sylwav jęknął przeciągle, czując bolesny ucisk w skroniach.
Kręciło mu się w głowie, a w ustach wciąż czuł gorzki smak żółci. Sącząca się po brodzie strużka śliny spływała na dłoń spoczywającą na ciemnym dywanie.

Dywan?!

Gwałtownie podniósł głowę i kątem oka zarejestrował błysk światła. Uchylił się odruchowo i przetoczył po podłodze.
Gorąca kula ognia uderzyła w miejsce, gdzie chwilę temu się znajdował, wypalając dziurę w kobiercu.

Wiedziony instynktem mężczyzna poderwał się na równe nogi, dobył miecza i szybko zlustrował miejsce, w którym się znalazł: duże łóżko, stolik z lustrem i szafa stanowiły jedyne umeblowanie dużego pokoju. Wzrok Sylwava prześliznął się po sprzętach i skupił na stojącej po drugiej stronie pomieszczenia kobiecie. Drobną zgrabną sylwetkę podkreślała seksowna szara suknia, długie czarne włosy spływały na plecy nieznajomej, a jej dłonie poruszały się płynnie - spomiędzy palców jaśniało światło.

- Łapy do góry bydlaku - wysyczała, patrząc na wojownika z pogardą. - Raz mogło ci się udać, ale drugi raz na pewno nie chybię.

* * *

Sala jadalna była prawie pusta, jeśli nie liczyć dwóch dostatnio odzianych mężczyzn, których dłonie lśniły od nadmiaru zdobiących je klejnotów. Shinma'onari skrzywił się z niesmakiem i rozejrzał w poszukiwaniu obsługi.
Między stolikami pojawiła się dziewczyna, która dygnęła i ruszyła ku niemu, spuściwszy głowę. Zatrzymawszy się przed elfem dygnęła jeszcze raz i zaczerwieniła się po czubki uszu. Shinma powstrzymał westchnienie i podał jej trzymaną w ręku tacę.

- Dziękuję - rzucił swoim mruczącym głosem i skinął głową.

Dziewczyna wymamrotała coś niezrozumiałego i znów dygnęła skromnie, nie podnosząc wzroku.

Elf odwracał się właśnie do wyjścia, gdy jego uwagę przyciągnął rozbłysk błękitnego światła. Wąska błyskawica przesunęła się po blacie stołu. Zaskoczony spojrzał na siedzących przy posiłku mężczyzn i napotkał dwie pary rozwartych w zdumieniu oczu. Kolejny wąż jaskrawego blasku przemknął po sali z cichym trzaskiem, zostawiając za sobą zapach jak po burzy.
Brzęknął upuszczony przez jednego z bogaczy nóż.

W absolutnej ciszy można było usłyszeć bicie serca służącej, która wpatrywała się w elfa z otwartymi ustami. Nagle rozległ się dziwny gwiżdżący odgłos, po czym coś z impetem uderzyło w podłogę na piętrze.
Dziewczyna pisnęła i biegiem rzuciła się do kuchni, a przerażeni klienci zerwali się od stołu, obrzucając Shinma'onariego lękliwymi spojrzeniami.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pn, 8 lis 2010, 15:17 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari nie poświęcił wiele uwagi spłoszonym klientom. Nie obchodziło go, co mogli myśleć. Spędził wśród ludzi tyle czasu, że znał już chyba większość niedorzecznych przesądów na temat Starszej Rasy i, mimo że nadal nie był w stanie pojąć, skąd brała się inspiracja dla tych wszystkich bzdur, i jak ktokolwiek mógł w nie wierzyć, to już dawno przestały go dziwić.
Spojrzał na sufit.
Prawdopodobieństwo, że w zajeździe znajdował się inny mag - poza jego Panią - było mniej więcej tak samo duże, jak to, że znajdował się tu mistrz skrzypiec. Nie miał więc wątpliwości, że cokolwiek działo się właśnie na górze, Giocosa musiała być w to zamieszana. Nie miał czasu zastanawiać się nad możliwym przebiegiem wydarzeń, których echo właśnie dotarło do jadalni, ani rozpatrywać scenariuszy. Musiał po prostu zdecydować, co robić - i to natychmiast.

Bez problemu mógłbyś uniknąć mieszania się w tę sprawę – przecież wcale nie musiałeś słyszeć, co się działo. Mogło cię już nie być w budynku. Poza tym, jeśli teraz wrócisz, to może ci się oberwać za niewypełnianie poleceń... - myślał szybko, wychodząc z jadalni. - ...ale to akurat jest najmniej ważne – bez wahania ruszył w kierunku schodów. Nawet jeśli jego Pani postanowiła z nudów zdemolować swoją sypialnię w ramach poobiedniej rozrywki, to wierzył, że lepiej było sprawdzić, co się stało - nawet narażając się na jej gniew - niż zignorować cały incydent i ruszyć w swoją stronę.

Może nie wiesz jeszcze zbyt wiele o roli sługi, ale zasada, że lepiej narazić siebie niż swojego zwierzchnika, obowiązuje chyba wszędzie...

Przyspieszył kroku.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pn, 8 lis 2010, 17:15 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 10 wrz 2007, 22:11
Posty: 123
Zanim zdążył o czymkolwiek pomyśleć, już stał na ziemi z obnażonym mieczem w dłoni. W momencie gdy dostrzegł kobietę, która, zapewne z powodu posłanej przed sekundą kuli ognia, na kilometr śmierdziała mu magiem, zdążył już sobie uświadomić, że znowu go teleportowano. Przypomniał sobie także ostatnie kilka minut grozy.

Odkąd tylko się o nich dowiedziałem, te skrzywione skurwysyny zawsze mnie czymś zaskakują...

Wiedział, że do końca życia nie zdoła wyprzeć z umysłu obrazu, który poziomem makabry nieskończenie przewyższał nawet jego najgorsze wyobrażenia o torturach stosowanych przez czarokletów. I nigdy nie zapomni, jak był przerażony.
Będąc młokosem, miliony razy wyobrażał sobie, jak na polu bitwy pozbawia kończyn całe armie magów, bezbłędnie unikając posyłanych w jego stronę pocisków. Uważał się za broń idealną, stworzoną wyłącznie do eksterminacji czarokletów. I wierzył, że był w tym najlepszy.
Jednak moment, w którym zobaczył, co agresorzy zrobili z jego rodziną... W jednej sekundzie, jak za poruszeniem czarodziejskiej różdżki, przestał uważać się za kogoś, kto miał jakiekolwiek znaczenie w walce, do której został stworzony.
Dawniej zdawało mu się, że doskonale znał przeciwnika. Teraz wiedział, że nigdy nie zrozumie, czym kierowały się bestie, które były zdolne do traktowania swoich wrogów w tak okrutny sposób.

Bóg chyba faktycznie ma nas w dupie, skoro pozwala na takie wybryki.

Przerażenie rozwiało się, gdy ponownie go teleportowano. Nie miał czasu zastanawiać się, gdzie wyrzuciło go tym razem, ani jak daleko od domu się znajdował. Nie miał już domu - zrównano go z ziemią, a rezydentów bestialsko zabito. Twarz każdej z ofiar, które migały mu w myślach, zdawała się coraz dotkliwiej uświadamiać mu, jak bardzo zawiódł naukowców, siebie... i Setha.

A wszystko, między innymi, za sprawą stojącej przed nim suki. Nigdy nie czuł, by wzbierająca w nim furia szukała ujścia z taką zawziętością.

- Zabiję was za to, co zrobiliście! Za Argutum, dziwko!

Zwykle przed podjęciem działań poświęcał chwilę na przemyślenia. Teraz chwila zdawała się wiecznością, a każda sekunda, w której ta szmata nie czuła się zagrożona, była czasem zmarnowanym.



_________________
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pt, 12 lis 2010, 23:45 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Bez żadnego ostrzeżenia pocisk przeciął powietrze ze świdrującym uszy gwizdem. Kula z impetem trafiła Sylwava w krocze. Mężczyzna poczuł tępy ból, żar ognia i falę mdłości. Jęknął cicho, upuszczając miecz i zbyt późno zakrywając newralgiczne miejsce. Łzy napłynęły mu do oczu, gdy padł na kolana i pochylił się, zaciskając zęby.
Jak przez mgłę dostrzegł czubek buta kopiącego miecz w kierunku ściany.

Wiedźma wycofała się zwinnie, choć skulony wojownik nie stanowił dla niej już żadnego zagrożenia.
Z nadludzkim wysiłkiem Sylwav podniósł wzrok, by zobaczyć, jak kobieta siada przy lustrze i odruchowo poprawia włosy. Nagle odwróciła się i spojrzała prosto na niego; w jej oczach migotały płomienie.

- Za dużo gadasz, prostaku - stwierdziła z pogardą. - Nie interesuje mnie, kto cię nasłał, nie interesuje, za co próbujesz się mścić. Twoje szczęście polega na tym, że jestem dziś w wielkodusznym nastroju, więc masz dwie możliwości...

Wojownik starał się skupić spojrzenie na nieznajomej, choć dojmujący ból pulsował między jego udami, a przed oczami pojawiały się kolorowe plamki. Czarownica siedziała w niedbałej pozie i w irytujący sposób stukała obcasem w podłogę.

- Możesz zabrać swoje usmażone jaja i wyczołgać się stąd o własnych siłach - kontynuowała tonem pogawędki przy herbatce, - albo podjąć kolejną próbę dokonania czegoś w twoim mniemaniu bohatersko idiotycznego i zostać stąd wyniesiony w wiadrze... albo na szufli... Twój wybór. - Uśmiechnęła się promiennie, choć jej spojrzenie nadal pełne było bezbrzeżnej pogardy.

* * *

Shinma'onari bez wysiłku przeskakiwał po dwa stopnie, szybko zmierzając do komnat Giocosy. W połowie schodów usłyszał kolejny świst i zduszone uderzenie.
Kilka zaciekawionych, choć i przestraszonych twarzy wyglądało zza uchylonych drzwi mijanych przez elfa pokojów; zignorował je, zaniepokojony ciszą, która nagle wypełniła korytarz.
W kilku krokach przeszedł przez swoją kwaterę i pusty salonik. Spod drzwi do sypialni Pani Cor-sanatan sączyła się smużka szarego dymu. Nie tracąc czasu nacisnął klamkę.

Dwa metry od drzwi kulił się dziwacznie ubrany długowłosy mężczyzna z twarzą wykrzywioną grymasem bólu. Źródłem dymu okazała się być okrągła dziura w dywanie, której krawędzie tliły się słabo.
Giocosa siedziała przy toaletce i wygładzała fałdy sukni. Błyskawicznie podniosła głowę, na dźwięk otwieranych drzwi, w jej oczach rozbłysły płomienie.

- No proszę, - powiedziała z kwaśnym uśmiechem, - czyli jednak nie spieszyło ci się zbytnio... Może to i dobrze... - dodała w zadumie, - trzeba tu posprzątać...

* * *

Sylwav drgnął, gdy drzwi zostały otwarte. Powoli obrócił głowę, by zobaczyć wysokie ciemne buty. Załzawione oczy przesuwały się w górę... i jeszcze w górę. Przybysz był bardzo wysoki i bardzo chudy, ubrany w ciemny strój. Nie miał broni - przynajmniej żadnej, którą zabójca magów mógłby zauważyć.
Pozbawione wyrazu spojrzenie nieznajomego przesunęło się po skulonym wojowniku i zatrzymało na wiedźmie, która najwyraźniej była szefową chudzielca.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So, 13 lis 2010, 01:21 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari w żaden sposób nie okazał zaskoczenia sytuacją, którą zastał w pokoju. Jego spojrzenie prześliznęło się jedynie po - najwyraźniej już unieszkodliwionym - intruzie i zniszczeniach, a gdy napotkało wzrok czarodziejki, błyskawicznie opuścił głowę i przyklęknął.

Nic ci nie jest, Pani - pomyślał z ulgą, którą zaraz zastąpiło zdziwienie, że była to jego pierwsza myśl. - A ja nie dość, że nie wypełniam poleceń, to właśnie wtargnąłem do Twojej sypialni... - skarcił się w duchu, słuchając słów Giocosy.

- Byłem już w hallu, kiedy... - zaczął, ale przerwał w pół zdania i potrząsnął głową.

Daruj sobie tłumaczenia. Twojej właścicielki to nie interesuje - nie lubi marnować czasu na głupoty...

- Proszę o wybaczenie, Pani - powiedział z nieskrywaną mieszaniną ulgi i skruchy.

Kobieta machnęła dłonią, jakby odganiała niechcianą myśl.

- Po prostu pozbądź się tego - powiedziała znudzonym głosem. - A potem możesz skupić się na poprzednim zadaniu - ostentacyjnie odwróciła się do lustra i zmrużyła powieki, przeczesując włosy palcami.

- Tak, Pani - elf pochylił głowę jeszcze bardziej, po czym błyskawicznie wstał i znalazł się za skulonym mężczyzną. Chwycił go pod ramiona, dźwignął do góry i zaczął wycofywać się z pomieszczenia.

Ciekawe, co powie gospodarz na temat tak skandalicznego zaniedbania ochrony zajazdu... I pamiętaj o dywanie, zanim wyjdziesz.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: Pn, 15 lis 2010, 23:06 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 10 wrz 2007, 22:11
Posty: 123
To się nie dzieje naprawdę.

Był pewien tego, że moment, w którym kula ognia popieściła go po jądrach zapamięta do końca życia. Zdarzenie to sprawiło, że całkowicie odwróciła mu się percepcja otaczającego go świata, który właściwie przestał istnieć. Od teraz liczyły się tylko jego jaja i to, by uchronić je od jakichkolwiek dalszych obrażeń. Gdy po chwili wojownik doszedł do wniosku, że zamykanie się na wszystko dookoła jest pozbawione sensu, a życie to coś więcej, niż jego klejnoty, spróbował przyjrzeć się czarodziejce.

Czy... czy ona poprawia sobie pieprzone włosy?

Nie mógł wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Chęć odpysknięcia czaroklecie była ogromna, jednak nie mogła zostać wprowadzona w życie, bo próba wyrzucenia z siebie jakiegoś dłuższego zdania mogłaby zabić wojownika na miejscu. Najmniejszy ruch skutkował przeszywającym bólem. Nawet przyswojenie treści, którą chciała przekazać czarodziejka, graniczyło z cudem. Dopiero nagłe wejście do pokoju szczupłej postaci zmusiło zabójcę magów do poruszenia się.

To szczudło ma mnie wynieść? To jakieś żarty?

Przez chwilę miał ochotę na zrobienie czegoś, co zmusiłoby czarodziejkę do zgładzenia go tu i teraz. Czegoś, co w końcu wysłałoby go na wczesną emeryturę. Ale nie zrobił tego.

- Pieprzyć wszystko... - przemówił ledwie słyszalnym szeptem, wleczony przez lokaja w stronę wyjścia z sypialni.

Gdy minęli próg pokoju, elf szarpnął Sylwava w górę i, podtrzymując go jednym ramieniem, ostrożnie zamknął za nimi drzwi, zanim ruszył dalej wlokąc wojownika przez kolejne elegancko urządzone pomieszczenie. To wtedy w wojowniku odezwała się potrzeba konwersacji.

- Z twojej pani... - szepnął - ... jest niezła suka, co szczudło? - w końcu zdołał unieść lekko głowę.

Napotkał pozbawione jakichkolwiek emocji spojrzenie skośnych oczu, które wydały mu się zupełnie nieludzkie. Mrugnął kilka razy usiłując odzyskać ostrość widzenia. Pociągła blada twarz chudzielca miała w sobie coś dzikiego, a ostro zakończone uszy dopełniały dziwacznego obrazu.

- Wybacz bezpośredniość - wojownik przemówił po dłuższym wpatrywaniu się w lokaja - ale jesteś najbardziej popapraną rzeczą jaką widziałem, od kiedy tu trafiłem. Chyba że te uszy są doklejane.

Elf zaśmiał się cicho. Przeszli przez kolejne drzwi, które Shinma'onari również zamknął.

- Jesteś w stanie iść? - zapytał rzeczowo. Jego głos był niezwykle melodyjny i miły dla ucha.

- Nie - odpowiedział równie rzeczowo zabójca magów. - Im dłużej z tobą przebywam, tym dziwniejszy mi się wydajesz. Skąd ty się urwałeś, człowieku?

Lokaj westchnął i pociągnął za sobą Sylwava w stronę kolejnych drzwi.

- Człowieku? - powtórzył niczym echo. Z jakiegoś powodu wydawał się rozbawiony.

- Jąkam się?

Shinma jedynie po raz kolejny się zaśmiał. Sylwav spojrzał na dziwnego osobnika zdezorientowany.

- Macie tu dziwne poczucie humoru - podsumował. - Gdzie mnie zabierasz?

Lokaj otworzył kolejne drzwi i znaleźli się na jakimś korytarzu. Pociągnął Sylwava w stronę schodów w dół.

- Na twoim miejscu szybko odzyskałbym zdolność chodzenia... - powiedział konwersacyjnym tonem.

- To miło z twojej strony, że dajesz mi takie cenne rady, ale jeśli ta suka będzie chciała mnie zabić, to jej nie spieprzę. Tak samo, jak nie spieprzyli jej moi bliscy - dodał zmienionym głosem.

Elf zmarszczył brwi.

- Moja Pani nie jest tobą zainteresowana.

- Tym gorzej dla niej. Kiedyś ten brak zainteresowania ugryzie ją w dupę - zarechotał cicho, jakby opowiedział jakiś dobry żart. - Powiesz mi, gdzie mnie prowadzisz?



_________________
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 17 lis 2010, 12:45 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Kiedy wyszli na korytarz, Shinma'onari z ulgą stwierdził, że gapie zdążyli się znudzić oczekiwaniem na rozwój wydarzeń – wszystkie drzwi były zamknięte. Co nie zmieniało faktu, że przez to dziwadło, którego kazano mu się pozbyć, uwaga wszystkich znajdujących się w budynku już i tak była skupiona na czarodziejce i jej służącym. Elf powstrzymał kolejne westchnienie. Podążając w stronę schodów zastanawiał się, co mogło łączyć tego nieszczęśnika z Panią Cor-sanatan, i czy fakt, że człowiek ten najwyraźniej postradał rozum, miał jakiś związek z magią, której przeciw niemu użyła... Nie, właściwie lepiej było o tym nie myśleć.

Nadmiar informacji może być szkodliwy... No właśnie, a co masz powiedzieć gospodarzowi, żeby jak najszybciej pozbyć się tego problemu i móc powrócić do innych obowiązków...? Chyba nie ma potrzeby niczego komplikować...

- Na dół – odpowiedział krótko, gdy dotarli do schodów.

Sylwav skinął głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.

- Skoro już wyciągnąłem od ciebie taką cenną informację, to może podrzucisz mi jeszcze jedną? Chodzi mi o miejsce, gdzie mógłbym zająć się moim palącym problemem - zerknął na swoje krocze.

Shinma'onari zatrzymał się przed schodami i potrząsnął głową, prawdopodobnie bardziej do siebie niż do Sylwava.

- Nie jestem stąd - powiedział spokojnie i puścił dziwacznego mężczyznę popychając go lekko, żeby przyspieszyć sprawę.

Nie mam na to czasu...

Skulony Sylwav zachwiał się lekko, po czym runął naprzód. Zdążył tylko puścić obolałe krocze i osłonić głowę rękami. Droga na kolejny podest - na szczęście - nie była długa. Po kilku głuchych uderzeniach, których odgłosy stłumił dywan, wojownik zatrzymał się na ścianie, dodając do rejestru obrażeń kilka nowych siniaków i guza. Niewzruszony lokaj ruszył w dół zaraz za nim.

Wojownik potrząsnął mocno głową w nadziei, że odzyska w ten sposób rozeznanie. Złapał się za łeb, próbując stłumić ból.

- Odbiło ci, cholerny dziwolągu?! - obojętność lokaja zdawała się jeszcze bardziej działać mu na nerwy. - Co ci strzeliło do łba?

Dłonią w białej rękawiczce elf strzepnął niewidoczny pyłek z rękawa surduta, podszedł do Sylwava i szarpnięciem postawił go na nogi.

- Czy teraz już możesz iść? - zapytał zupełnie nie zwracając uwagi na wybuch osmalonego dziwadła.

- Tak, czuję się znacznie lepiej - odrzekł uradowany. - Jeszcze ze dwa upadki z pieprzonych schodów i będę jak nowo narodzony! - Ponownie złapał się za czerep, by zaraz potem zasłonić wyposażenie. - Zapewne nie mogę liczyć na jakieś spodnie? - spytał niepewnie.

Shinma pociągnął go w stronę kolejnych schodów.

- Więc idź - powiedział i ruszył popychając Sylwava przed sobą.

- Wyjdę, jeśli będziesz trzymał łapy przy sobie - warknął wojownik, nie spoglądając elfowi w twarz.

Chyba rzeczywiście poczuł się lepiej... Zaczyna szczekać... - lokaj uśmiechnął się pogardliwie i cofnął rękę.

Pokonanie każdego stopnia wymagało od Sylwava nadludzkiego wysiłku. Z jakiegoś powodu nie chciał dać po sobie poznać, że marzył o tym, by po prostu położyć się na ziemi. Przeklinał sukinkota, który zbudował te schody. Postanowił zacisnąć zęby i uciec przed bólem w przyjemne wspomnienia. Tych niestety brakowało.
Shinma'onari dostosował się do żółwiego tempa i nie popędzał już nieszczęśnika.

Nic nie wspominałeś o tym, jak dziwacznych "znajomych" ma Pani Cor-sanatan, Lirimaer. - powstrzymał westchnienie, usiłując zapanować nad irytacją. Naprawdę nie miał na to czasu.

Na szczęście stopni nie było wiele i po chwili dotarli do hallu.
Stojący za ogromnym drewnianym biurkiem mężczyzna ewidentnie czekał na pojawienie się schodzących. Niemniej jednak, na jego twarzy odmalowało się bezbrzeżne zdumienie, gdy spostrzegł zataczającego się nieznajomego z dłońmi kurczowo zaciśnietymi na klejnotach rodowych i idącego za nim spokojnie elfa z kamienną twarzą. Wydatna grdyka przesunęła się w górę i w dół gdy recepcjonista przełykał ślinę, nie potrafiąc oderwać wzroku od niecodziennego widowiska.
Po chwili udało mu się opanować i przywołał na twarz wyraz profesjonalnej uprzejmości.

Shinma poczekał, aż mężczyzna dojdzie do siebie, po czym wyminął Sylwava i podszedł do biurka, pozdrawiając gospodarza zdawkowym ukłonem.

- Ten osobnik zaatakował moją Panią w jej pokojach - zaczął spokojnym tonem, wykonując nieznaczny gest w kierunku dziwadła. - Szczerze mówiąc, wynajmując apartament w lokalu klasy "Srebrnej Łodzi", nie spodziewałem się tego rodzaju niespodzianek...

Mężczyzna za biurkiem patrzył z niedowierzaniem to na Sylwava, to na Shinmę. Elf z pewnym zaskoczeniem zauważył, jak szybko recepcjonista był w stanie przystosować się do sytuacji.

No proszę, czasami zdarzają się i miłe niespodzianki...

- Oczywiście wezwiemy straż - powiedział gorliwie, uderzając stojący na biurku dzwonek. - Niestety, pewną niedogodnością może okazać się fakt, że mają oni skłonność do zadawania... pytań - zająknięcie było prawie niezauważalne. - Jestem jednak pewien, że sytuacja prędko zostanie wyjaśniona - nerwowy uśmiech przemknął przez twarz pracownika hotelu i usechł pod beznamiętnym spojrzeniem Shinma'onariego.
Lokaj skinął głową.

Lepiej, żeby została wyjaśniona szybko i bez zbędnych komplikacji. Podobno w takich miejscach płaci się za spokój... - pomyślał wciąż poirytowany niespodziewanym problemem, ale wyraz jego twarzy się nie zmienił.

- Zatem zostawiam to w pańskich rękach. Pan z pewnością lepiej wie, co zrobić, żeby sprawa została jak najszybciej pomyślnie rozwiązana – skłonił się ponownie. - Liczę na pański profesjonalizm – dodał, obdarzając recepcjonistę uprzejmym uśmiechem i przerwał na chwilę, jakby chciał oddalić się od tematu, który dla niego był już zakończony. - A wracając do przyjemniejszych kwestii, mam pytanie. Czy jest w Thoris coś, co warto zobaczyć? Jakieś atrakcje czy rozrywki, które możnaby polecić damie? Byłbym wdzięczny za jakiekolwiek wskazówki – z jego melodyjnego głosu zniknęła chłodna nuta.

Zapewne dwie miłe niespodzianki na raz, to zbyt wiele, ale zawsze warto spróbować...



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: So, 11 gru 2010, 01:14 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Twarz recepcjonisty przez chwilę wyrażała absolutne zdumienie. Mężczyzna zamrugał kilka razy zanim odzyskał kontrolę nad ciałem.

- Godne polecenia damie? - wyjąkał, wciąż oszołomiony nagłą zmianą tematu. - Rozrywki? Znaczy... jak minstrele, aktorzy? Chyba nie bardzo rozumiem, co ma pan na myśli...

Wzrok recepcjonisty przesunął się od spokojnej twarzy elfa do ponurej miny towarzyszącego mu zbira, jakby w poszukiwaniu wskazówek, co do sposobu odzyskania równowagi w coraz bardziej nienormalnej sytuacji.

Shinma'onari obserwował gospodarza z rosnącym rozbawieniem. Pozwolił sobie nawet na uprzejmy uśmiech.

- Cokolwiek, co uzna pan za godne uwagi - rozłożył ręce. - Niestety nie wiem, co ma do zaoferowania to miasto osobom o wyszukanych gustach. Czy mogę liczyć na pańską pomoc?

Nerwowe kiwanie głową miało chyba stanowić odpowiedź na pytanie elfa.

- Z największą przyjemnością, proszę pana - recepcjonista skłonił się sztywno, - ale... Po prostu nie jestem pewien, na ile rozrywki oferowane w Thoris mają szansę zaspokoić wyrafinowany smak... eleganckiej damy...

Mężczyzna przełknął ślinę, a jego grdyka przesunęła się gwałtownie w dół i w górę. Spojrzał w spokojną twarz stojącego przed nim elfa i pobladł.

- Praktycznie w każdej karczmie śpiewają jacyś grajkowie... - zająknął się, dostrzegłszy lekkie zmarszczenie brwi Shinmy; - choć, jak słyszałem, najbardziej utalentowany jest Marat Stendhal zwany Długopalcym. Co wieczór występuje w "Szafirowym Zdroju".

Milczenie elfa zdawało się potęgować zdenerwowanie gospodarza hotelu.
Sytuacji nie poprawiło pojawienie się młodego służącego, który - najwyraźniej reagując na dźwięk dzwonka - wyszedł z jadalni i zatrzymał się w progu, z zainteresowaniem przyglądając się mającej miejsce w hallu scenie.

- Cóż jeszcze... - recepcjonista rzucił udręczone spojrzenie w kierunku podwładnego. - Wielu naszych... dobrze sytuowanych gości wysoko ceni sobie polowania w okolicznych lasach... A jeśli pani - dyskretnie zerknął do rozłożonej na biurku księgi - Cor-sanatan nie ma nic przeciwko widowiskom nieco bardziej... dostępnym... to w "Srebrnym Lisie" co wieczór można potańczyć... - głos mężczyzny cichł stopniowo pod przenikliwym spojrzeniem Shinma'onariego.

* * *

Sylwav czuł się coraz bardziej zdezorientowany.
Ledwie zdążył przyzwyczaić się do myśli, że jakaś wariatka próbowała go usmażyć, a jej przydupas w ramach rozrywki zrzucił go ze schodów; potem postanowiono oddać go pod sąd jako przestępcę, a teraz...
...teraz nagle wszyscy o nim zapomnieli i pieprzyli głupoty o tańcach?!

Mógł uciec... Poprawka - mógłby uciec, gdyby jego krocze nie było wciąż centrum tępego bólu...
A jednak nie mógł tu zostać, bo jeśli sobie o nim przypomną, trafi do paki za atak na tę agresywną sukę.

Mężczyzna za biurkiem wyraźnie bał się dziwacznego sługi czarownicy - pocił się jak świnia, nerwowo rozglądał w poszukiwaniu pomocy i do tego plótł, co mu ślina na język przyniosła.
Młodzik, który wszedł do pomieszczenia zdawał się być rozbawiony oglądaniem szefa tłumaczącego się przed chudym dziwolągiem.

Nikt nie zwracał uwagi na stojącego z tyłu mężczyznę dłońmi okrywającego obolałe krocze.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: So, 25 gru 2010, 19:14 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 10 wrz 2007, 22:11
Posty: 123
Żadnej ochrony? Mam rozumieć, że pojmanie ewentualnego bandyty spoczywałoby na tych pajacach?

Nie wykorzystanie sytuacji graniczyłoby z głupotą. Co mogło mu grozić w razie ucieczki?

Prędzej czy później i tak wpieprzą mnie do jakiejś przytulnej celi. Od jakiegoś czasu zabijanie magów jest zapewne sprzeczne z interesami mieszkańców Imperium.

Rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu alternatywnej drogi wyjścia z tego przybytku. Głębokie przekonanie o własnej niewinności sprawiło, że był pozbawiony wyrzutów sumienia. Nie włamał się do tego pieprzonego pokoju, ani też nie zaatakował tej psychopatki. Większość ludzi po zrobieniu uniku przed kulą ognia spieprzyłoby, albo postanowiło się odkuć.

Jeszcze się odkuję, franco.

Przez skupienie uwagi na poszukiwaniu drogi ucieczki, prawie umknęło mu pytanie zadane recepcjoniście przez elfa.

- Thoris? – mimowolnie szepnął do siebie.

Wróciłem do tego pieprzonego miasta? Dlaczego przeniosło mnie do pokoju tej wiedźmy? Czemu nie z powrotem do ogrodu?

Kompletnie zgłupiał. W tej chwili mógł tylko patrzeć w ziemię i z wybałuszonymi oczami podejmować kolejne bezsensowne próby rozwiązania zagadki.
Sytuacja w której się znalazł mogła jeszcze mieć szczęśliwe zakończenie. Wystarczyło jedynie dobrze spieprzyć z tego budynku.

Muszę się dostać do szpitala. Tregarth jest w tej chwili jedyną osobą, do której mogę się zwrócić.

Jego uwadze nie umknęło nagłe wejście młodzika. Kierunek, z którego nadszedł, zdawał się być sensownym wyjściem z opresji, zwłaszcza że najprawdopodobniej natrafi w ten sposób na jakieś okno, z którego będzie można skorzystać.
Najdyskretniej jak tylko mógł, zaczął się przesuwać w stronę upatrzonej pozycji.

Jak w pieprzonej kreskówce.



_________________
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Wt, 4 sty 2011, 01:12 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Shinma'onari cierpliwie słuchał bełkotu mężczyzny w żaden sposób nie okazując ani rozczarowania ani zniesmaczenia, pomimo że oba te uczucia narastały w nim stopniowo z każdym kolejnym słowem i gestem jego rozmówcy, dokładając nowe melodie do miarowego rytmu irytacji. Twarz elfa - zastygła w wyrazie niczym nie zmąconego spokoju - sprawiała wrażenie wyrzeźbionej z alabastru. Jedynie w błyszczących niczym świeżo łuskane kasztany skośnych oczach widać było iskrę życia.

Nie chwal pieśni zanim nie zabrzmi ostatnia nuta... – pomyślał, zastanawiając się, czy to co do tej pory usłyszał wyczerpało wiedzę gospodarza. Prawdopodobnie niestety tak właśnie było.
Nie przerywając ciszy, elf przeniósł wzrok na młodzika, który nie krył satysfakcji z powodu “męczarni” swego szefa.

Czy nikt ich nie uczy dobrych manier? – Shinma był coraz bardziej zdegustowany. Pomimo, że nie żywił zbyt ciepłych uczuć wobec swojego ludu, to jednak musiał przyznać, że wśród Quessir tak bezczelne okazywanie braku szacunku wobec przełożonych czy starszych było nie do pomyślenia.

- Rozumiem, że to wszystko, co przychodzi panu do głowy? - jego spojrzenie znowu skupiło się na recepcjoniście. Oszczędnym gestem poprawił śnieżnobiałe rękawiczki.

Mężczyzna przełknął ślinę i poważył się na nieprzekonujący uśmiech.

- Obawiam się, że Thoris nie słynie z rozrywek, jakie poleciłby pan eleganckiej damie - powiedział przepraszającym tonem, nieznacznie wzruszając ramionami.

Elf skinął głową.

Z czego zatem słynie ta mieścina? Chociaż nie... chyba nie chcesz tego wiedzieć...

- Rozumiem. Dziękuję panu za pomoc - ukłonił się nieznacznie i obrzucając ostatnim zdawkowym spojrzeniem pozostałych mężczyzn, ruszył w kierunku wyjścia. Po kilku krokach zatrzymał się jednak i ponownie odwrócił do recepcjonisty. - Jeszcze jedno... Dywan w sypialni mojej pani został uszkodzony, kiedy broniła się przed napaścią... - dodał rzeczowym tonem.

- Oczywiście, zajmiemy się tym natychmiast - powiedział szybko gospodarz, wracając na znajomy teren. Jednym gestem odprawił chłopaka, który pospieszył na górę.

Shinma zaśmiał się w duchu.

No proszę... Wreszcie problem na miarę twoich możliwości, człowieku... - pomyślał drwiąco, podchodząc do drzwi. - No dobrze... ale co teraz? Gdzie jeszcze mógłbyś się czegoś dowiedzieć? Może jakieś możliwości pojawią się w drodze do kowala... Poza tym trzeba by zajrzeć do "Szafirowego Zdroju" i "Srebrnego Lisa" i zobaczyć, co to za lokale... - powstrzymał westchnienie. Z żadnym z tych miejsc nie wiązał zbyt wielkich nadziei, ale życzenie jego Pani musiało zostać spełnione jak najlepiej. - Swoją drogą ciekawe, czy twoja Właścicielka naprawdę tęskni za rozrywką czy po prostu chciała się ciebie na chwilę pozbyć...? A może po prostu chce sprawdzić, na ile poważnie traktujesz jej polecenia...?



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Śr, 30 mar 2011, 22:43 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Za drzwiami, do których zbliżał się Sylwav, widać było nakryte obrusami stoły i miękko wyściełane krzesła. Drewniana podłoga lśniła czystością, a dwa wielkie okna wpuszczały do środka dźwięki z ulicy i nieznaczny powiew.

Kilka metrów z przeszkodami - ocenił zabójca magów. - Gdyby nie ból, dobiegłbym tam, zanim ktokolwiek zdążyłby się zorientować... A tak...?

Chudy najwyraźniej skończył już ploteczki i właśnie postanowił się ulotnić - wszystko świadczyło o tym, że Sylwav przestał go interesować. Szef zajazdu chyba też doznał chwilowego zaćmienia, bo posłał służącego na górę, zamiast po straż.
Sytuacja układała się coraz lepiej.

Gdyby tylko mógł biegać...

* * *

Opuszczając hotel, Shinma'onari zastanawiał się nad najkrótszą drogą prowadzącą do kuźni. Spacer po wiosce trudno byłoby mu zakwalifikować jako przyjemność - zwłaszcza przy panującej pogodzie. Kakofonia odorów spotęgowana gorącym, nieruchomym powietrzem, bezlitośnie atakowała wrażliwy węch elfa, a nieustanny hałas, który zdawał się być nieodłączną częścia ludzkiego życia, irytował monotonią i brakiem harmonii.
Na domiar złego, pracownia kowala znajdowała się przy targowisku...

Wieśniacy obrzucali ostrouchego zaciekawionymi i podejrzliwymi spojrzeniami, czasem szeptali coś do swoich towarzyszy.
Shinma powstrzymał cisnący się na usta uśmiech politowania - słyszał już chyba wszystkie wierzenia ludzi na temat Starej Rasy. Większość z nich stanowiła kompletne brednie, a te, które zbliżały się do prawdy, okraszano zazwyczaj taką ilością idiotyzmów, że potraktowanie ich poważnie zdawało się zupełną niemożliwością.
A jednak ludzie w nie wierzyli!

Choć sam stanowił sensację, nie potrafił wypatrzyć w Thoris czegokolwiek, co wzbudziłoby jego zainteresowanie - wyblakłe od surowego klimatu domy, ogorzałe twarze prostaków, cuchnące psy i wulgarne kobiety; gorączkowe szepty, wcale nie ukradkowe porozumiewawcze kuksańce i - był tego pewien - plotki te same, co wszędzie.
Trudno jednak było się spodziewać czegoś innego w wiosce, w której prawdopodobnie wiadomość dnia stanowiło, kto komu przyłożył po wczorajszej libacji...

Ignorując spojrzenia i chichoty przechodniów, starając się nie czuć zapachów, Shinma'onari zbliżył się do kuźni - trudno byłoby przeoczyć wysoki komin, z którego wydostawała się nieprzerwanie chmura ciemnego dymu.
Na progu siedział rosły mężczyzna o przystojnej twarzy i kędzierzawych włosach. Jadł chleb z serem i przyglądał się targowisku. Jego wzrok przesunął się po smukłej sylwetce nadchodzącego elfa i podążył ku jakiemuś bardziej odległemu punktowi.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł: Re: Jej lokaj jest bardzo utalentowany
PostNapisane: N, 10 kwi 2011, 08:40 
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn, 10 wrz 2007, 22:11
Posty: 123
Miał wrażenie, że ktoś potraktował jego przyrodzenie rozgrzanym do białości prętem, a uczucie to z każdym kolejnym krokiem zdawało się być silniejsze. Pomieszczenie, do którego się zbliżał prezentowało się tak zachęcająco, że spróbował szczęścia i przeszedł do wolnego biegu, czyli starał się osiągnąć prędkość karzełka, który na zatłoczonym chodniku przypomniał sobie o zostawieniu w domu włączonego żelazka. Zawroty głowy wskazały, że maksimum możliwości właśnie zostało osiągnięte. Karzełki byłyby z niego dumne. Pokonywał odległość z taką szybkością, że bał się przeniesienia w czasie.

Seth pękałby teraz ze śmiechu.

Straż w dalszym ciągu nie nadchodziła. Pracownicy tego przybytku najwyraźniej nie mieli okazji otrzymać od życia porządnego kopa w dupę i nie zdążyli przyzwyczaić się do wzywania stróżów prawa.

Jeśli tylko uda mi się wydostać na zewnątrz, to pójście do szpitala będzie pierwszą rzeczą jaką zrobię. Będę musiał być na tyle czarujący, żeby pytanym o drogę ludziom nie przeszkadzał zapach i widok grillowanego wacka.

Próbował zachowywać się najciszej, jak tylko potrafił, jednocześnie znosząc kolejne fale bólu.



_________________
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Cz, 29 gru 2011, 01:17 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Dotarcie do okna - choć dosyć bolesne - okazało się być stosunkowo proste. Kilka znajdujących się w sali osób patrzyło w milczeniu na skulonego mężczyznę, który przełożył długie nogi przez parapet i wyskoczył na ulicę.

Znalazłszy się na zewnątrz, Sylwav rozejrzał się pobieżnie, po czym ruszył w poszukiwaniu schronienia.



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Pn, 9 sty 2012, 23:25 
Lewa Ręka Metatrona
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr, 12 wrz 2007, 22:39
Posty: 28
Przyjrzawszy się przelotnie jedzącemu, Shinma doszedł do wniosku, że musi to być kowal - mężczyzna roztaczał wokół siebie tę specyficzną aurę gospodarza lub może właściciela. Elf już dawno nauczył się dostrzegać takie rzeczy w ludzkim zachowaniu – ułatwiało mu to funkcjonowanie pośród przedstawicieli tej prymitywnej rasy. Nie żeby dostrzeganie czegokolwiek było trudne samo w sobie, ale zachowanie ludzi bywało dla niego tak dziwaczne i niezrozumiałe, że potrzebował sporo czasu żeby nauczyć się właściwie interpretować jego znaczenie.

Siedzący na progu mężczyzna sprawiał bardzo dobre wrażenie. W przeciwieństwie do większości ludzi, których elf dotychczas spotkał, kowal wydawał się być zadowolony z życia, a na dodatek Shinma nie wyczuwał w nim żadnego fałszu, obłudy ani dwulicowości – cech niezwykle typowych dla mieszkańców wielkich miast.
Lokaj podszedł bliżej i złożył prosty ukłon.

- Dzień dobry i smacznego – zaczął, starając się ubarwić swoją zwykłą uprzejmość nieco cieplejszymi nutami. – Jestem Sebastian. - Bez zająknięcia. Szybko przyjąłeś nową obrożę. – Przysyła mnie pani Cor-sanatan. Chciałaby wiedzieć, kiedy jej koń będzie gotów do dalszej drogi.

Starał się pogodzić ze sobą prostotę i formalizm wypowiedzi, które miały odzwierciedlać jego nową pozycję. Mimo to mówił dość swobodnie i z typowym dla Długowiecznych brakiem pośpiechu. Wiedział, że tej cechy będzie musiał się jakoś pozbyć, jeśli nie chciał się narazić Czarodziejce, która „nie znosiła opóźnień”. Wiedział też, że nie będzie to łatwe.
Starszą Rasę cechowało niezwykle silne umiłowanie życia, z którego wypływała chęć dogłębnego smakowania każdej chwili i każdego doświadczenia. W skrajnych przypadkach prowadziło to do niezwykle wyszukanych perwersji i całkowitego pogrążenia w dekadencji lub też przesadnego skupiania się na drobiazgach i chorobliwego perfekcjonizmu. Pomimo dość młodego wieku, Shinma zdążył już poznać obie te pułapki. Jednak wyjąwszy te i inne ekstrema, Quessir po prostu nie odczuwali potrzeby pośpiechu, wiedząc, że mają przed sobą setki lat, a każda mijająca chwila jest jedyna w swoim rodzaju i należy ją należycie celebrować.

Kowal skupił wzrok na elfie i spokojnie przeżuwał swój posiłek. Uważne spojrzenie zdawało się oceniać wartość Shinma’onariego i przenikać go na wskroś.

- Arinya amrun – powiedział krótko i odgryzł kolejny kęs. Miał silny ludzki akcent, ale słowa wypowiedziane zostały bezbłędnie, z właściwą intonacją.

Shinma był szczerze zaskoczony, ale nie pozwolił sobie na żadną reakcję, która by to zdradziła. Te dwa krótkie słowa wystarczyły, żeby obudzić w nim ciekawość.
Zdawał sobie sprawę, że choć w siedzibach ludzkich kowal nie był artystą takiej rangi, jak wśród jego ludu, to nadal był ważną osobistością, więc przynajmniej teoretycznie powinien prezentować odpowiedni poziom wykształcenia nie tylko w swoim fachu. Jednak niezwykle przenikliwe spojrzenie i zdanie wypowiedziane bezbłędnie w eltharin zdecydowanie przerosły oczekiwania elfa.

Czy w ten sposób mężczyna chciał mu przekazać coś więcej niż tylko prostą odpowiedź na pytanie? Czy czegoś oczekiwał zwracając się do niego w jego ojczystej mowie? Czy po prostu chciał być uprzejmy albo pokazać, że nie ma nic przeciw „ostrouchym dziwadłom”? Czy było to zaproszenie do dalszej rozmowy w języku Starszej Rasy? A może sprawdzał, czy Shinma znał mowę swoich pobratymców, czy wychował się wśród ludzi i nie miał żadnej wiedzy na temat swojego dziedzictwa? Istniała też możliwość, że kowal chciał zwyczajnie skorzystać z okazji poćwiczenia obcego języka, którego kiedyś się uczył. W gruncie rzeczy nie miało to najmniejszego znaczenia, jednak znudzony prymitywnym miasteczkiem elf chętnie przyjmował każdą potencjalną rozrywkę.

- Diolla lle – odpowiedział, zupełnie nieświadomy jak bardzo zmieniał go eltharin. Ostre, dzikie rysy, zupełnie nie pasujące do jego obecnego stroju, jakby złagodniały, a oczy nabrały życia. – Mani uma lle merna tan te?

- Ta nae saesamin – mężczyzna skinął głową i popatrzył na coś za plecami lokaja. – Tanya farnuva.

Spojrzenie Shinmy podążyło za wzrokiem mężczyzny, żeby sprawdzić czy nie zbliża się kolejny klient - nie chciał przeszkadzać kowalowi - ale ujrzał tylko targowisko. Ponownie skupił uwagę na gospodarzu kuźni, złożył ręce przed sobą w elfim geście wdzięczności, który właściwie oznaczał gotowość odwzajemnienia przysługi, jeśli będzie ku temu okazja. Przyszło mu do głowy, że ten człowek z pewnością dobrze znał miasto, więc mógłby go zapytać o potencjalne rozrywki, które zadowoliłyby jego Panią - każda opcja znalezienia pomocy wydawała się lepsza, niż błądzenie po omacku w tym odrażającym miejscu.

- Lle tua amin..? Lle naa hodoer, lle sinta tal - zaczął, zastanawiając się, czy rzeczywiście może liczyć na jakąkolwiek pomoc. - Arwen en amin marna saesa... lle sinta mani naa alessa sinome?

Mężczyzna przeżuł starannie ostatni kęs, wstał i otrzepał okruchy z dłoni. Przez chwilę mierzył elfa spojrzeniem, jakby podejmował jakąś decyzję.

- Wątpię, czy twoja pani będzie zainteresowana rozrywkami, które oferuje Thoris – powiedział wreszcie. – Niewielu jest tu mieszkańców obdarzonych wyrafinowanym gustem. Ale możesz zaprowadzić ją do „Koguta”; mają tam niezłego lutnistę i całkiem przyzwoity wybór win. Kieruj się na świątynię – gestem wskazał widoczne ponad dachami kopuły, - na pewno trafisz.

- Diolla lle - Shinma skłonił się w podziękowaniu, w żaden sposób nie dając po sobie poznać, że zauważył przejście swojego rozmówcy na mowę Imperium. – Tenna' tul're san' – powiedział jeszcze, po czym ruszył w kierunku wskazanym przez kowala.

Nie miał najmniejszej ochoty kontynuować spaceru w tym upalnym, odrażającym, wypełnionym fetorem i hałasem miejscu, ale musiał chociaż spróbować wypełnić polecenie Czarodziejki – nawet jeśli w gruncie rzeczy miało chodzić jedynie o pozbycie się go z oczu na jakiś czas.



_________________
"Piekło jest najwyższą nagrodą, jaką możesz otrzymać od Diabła za wierną służbę."

"Hell is not punishment, it's training." - Suzuki Shunryu
Offline
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: Cz, 8 mar 2012, 10:27 
Mistrz Gry
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N, 25 lut 2007, 00:05
Posty: 1146
Lokalizacja: Enki-e Shao'Saye
Wskazana przez kowala budowla jaśniała z oddali niczym cenny kamień w rynsztoku. Shinma ruszył w jej stronę, by jak najprędzej zostawić za sobą kakofonię wrzasków, trzasków i ryków wypełniającą targowisko.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że znalazł się w centrum uwagi mijanych ludzi – niemal fizycznie odczuwał nieufne i podejrzliwe spojrzenia, które przyciągał; słyszał nagły spadek natężenia dźwięków, gdy przechodził obok kolejnej grupy wieśniaków. Wkrótce jednak nieprzyjemne dysonanse zlały się w coraz bardziej odległy szum, stanowiący tło dla równego rytmu kroków elfa po bruku.
Nagle rozległy się dzwony – uderzenia mosiądzu niosły się echem po spokojnej uliczce, tocząc za sobą falę ciszy, która wyniosła Shinma’onariego na rozległy, niemal zupełnie opustoszały plac.
Zamiast podniszczonych domów stały tutaj malownicze - jak na ludzkie możliwości – kamienice, zamiast barwnych straganów – proste kamienne ławy, zamiast dybów – pomnik starca wspartego na podróżnym kosturze. Świątynia lśniła w promieniach letniego słońca, a zdobiące ją rzeźby zdawały się unosić w rozedrganym upalnym powietrzu. Nieopodal masywnej bryły – jak błazen u stóp króla – znajdowała się karczma o ceglanych ścianach i ciemnobrązowym dachu. Na szyldzie pióra stroszył kogut o zielonym ogonie, ale nie on przykuł wzrok elfa – nieco poniżej dumnego ptaka namalowano czerwoną różę. Kwiat był stosunkowo niewielki, ale wyraźnie zaznaczony – oczywisty znak dla tych, którzy wiedzieli czego szukać. Shinma’onari uśmiechnął się lekko.

No tak...

Drzwi były otwarte, choć w przejściu wisiała zasłona ze sznurów drewnianych paciorków. Z zapachem pieczonego mięsa i fajkowego dymu na zewnątrz przekradał się szmer przyciszonych rozmów i cichy ton lutni. Melodia wznosiła się i opadała jak ptasie trele; zmiany rytmu – choć subtelne – znamionowały muzyka sprawnego w swej sztuce. Usta elfa ponownie drgnęły w prawie niedostrzegalnym uśmiechu – dźwięk rozmów dostrajał się do melodii, cichnąc gdy lutnia szemrała, i wznosząc się, gdy minstrel mocniej trącał struny.
Zasłona zagrzechotała, gdy Shinma przekraczał próg.

Muzyka rozbrzmiała donośniej w ciszy, która zapadła gdy elf wszedł do sali. Po chwili zaskoczenia jednak wszyscy wrócili do przerwanych rozmów, od czasu do czasu jedynie ukradkowo zerkając w stronę szpiczastouchego przybysza.
Shinma’onari szedł do baru rejestrując szczegóły wnętrza: nieliczni o tej porze klienci zdecydowanie należeli do bardziej zamożnych – kaftany były czyste, a koszule delikatne, tu i ówdzie błysnął szafir lub szmaragd; na okrągłych stolikach zamiast drewnianych kubków stały szklane kielichy. Nieco wypłowiałe tkaniny na ścianach miały za zadanie uczynić wnętrze przytulniejszym, podobnie jak kwiaty w malowanych wazonach i pretensjonalne lustro w rzeźbionej ramie zawieszone nad sceną, na której siedział rudowłosy minstrel. Za podwyższeniem znajdowały się schody na piętro.
Stojący za kontuarem mężczyzna był młody i dobrze prezentował się w białej koszuli i ciemnej kamizelce haftowanej w subtelny wzór splecionych pnączy.
Barman popatrzył spokojnie na elfa i zdawkowo skinął mu głową, wygładzając nieistniejące fałdy na ubraniu.

- Witam w „Kogucie” – powiedział przyjemnym głosem. – Czym mogę służyć?



_________________
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.
Offline
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
 Strona 1 z 2 [ Posty: 33 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Skocz do:  
cron
 
phpBB skin developed by: phpBB Headquarters
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

stat4u