Szkatułka z wiązu - Z tarczą czy na tarczy?

Tutaj jest miejsce na Wasze wyprawy.

Moderator: Strażnicy

Locked
User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Szkatułka z wiązu - Z tarczą czy na tarczy?

Post by Astarael » Mon, 9 Feb 2009, 02:33

Mirandor usiadł gwałtownie i jęknął czując swe rany. Rozglądał się gorączkowo, ale nigdzie nie dostrzegał skrzydlatego konia o demonicznych oczach. Potrzebował chwili, by uzmysłowić sobie, że obraz, który oglądał, był zesłanym przez Bogów snem. Nie wiedział tylko, co próbowali mu przekazać.

Rozproszone szare światło świtu zapowiadało kolejny piękny dzień. W koronach drzew zaczynały budzić się pierwsze poranne ptaki, napełniając okolicę swym świergotem. Rumak Konrada pasł się spokojnie nieopodal.
Nie było śladu po nocnym gościu.

Tylko przy dogasającym ognisku leżał trup martwego potwora. W bladym świetle Mirandor widział pokryte stalowoszarymi piórami skrzydła i bladą skórę zabitej harpii.

Sylwav szedł szybkim krokiem. Był zmęczony, ale zdawał sobie sprawę, że jeśli by zwolnił, prawdopodobnie upadłby i zasnął. Konrad utrzymywał tempo, choć jego oddech stawał się coraz głośniejszy. Obaj milczeli – wszystko zostało już powiedziane i teraz pozostawało im jedynie dotrzeć do obozowiska. Potrzebowali snu, posiłku i oddechu. Potrzebowali strząsnąć z siebie wspomnienie upiornej nocy spędzonej pośród zimnych ścian grobowca i jego nieludzkich mieszkańców.

Widzieli siedzącego na swym posłaniu Mirandora, który najwyraźniej oczekiwał ich powrotu.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Mon, 9 Feb 2009, 16:51

Wycieńczony to mało powiedziane. Wojownik wyglądał, jakby miał kontakt trzeciego stopnia z kopytami rumaka Mrocznego Żniwiarza, który zmaltretował zabójcę magów mentalnie, po czym rzucił go w cholerę na żer głodnym i wkurzonym na życie rosomakom. Było aż tak źle.

Widząc siedzącego w pobliżu dogasającego ogniska Mirandora, Sylwav niemalże pokusił się o uśmiech. Sam nie wiedział dlaczego od dziecka uważał uśmiech na widok kogoś znajomego za dowód ckliwości. Jak zwykle zwalał wszystko na materiał, z którego był zrobiony.

- Mir! Nie uwierzysz przez jakie bagnojapierd**ę co to jest?! - wyciągnął miecz gotów ugodzić stworzenie leżące przy ognisku. - Mir co tu się... Jesteś cały? - zbadał wzrokiem wielkoluda. - Cholera, wyglądasz dokładnie tak, jak ja się teraz czuję.

Wrócił wzrokiem do martwej istoty. Podszedł do niej ostrożnie, po czym niemalże przewrócił się od wydzielanego przez harpię fetoru. Skrzywiony, kopnięciem przewrócił ją na plecy, by przyjrzeć się z innej, bardziej interesującej perspektywy. Uniósł w uznaniu brwi, po czym dla pewności ugodził padlinę kilka razy mieczem.

- Trofeum z tej maszkary będzie ładnie wyglądać nad kominkiem, Mir. Gratuluję. Czy zabicie potwora z fajnym wyposażeniem to jedyne, czym chcesz się pochwalić?

Przeglądałem sporo książek z rycinami najróżniejszych gatunków stworzeń, ale czegoś takiego moje gały jeszcze nie widziały. Na jakie zadupie zostałem wykopany?

- Myślicie, że jest jadalna? - rzucił nie spuszczając wzroku z tajemniczej istoty.
Last edited by Sylwav on Wed, 25 Feb 2009, 00:20, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Tue, 10 Feb 2009, 00:06

Mirandor podejrzewał źródło swych snów - to ten zły duch, który w nocy go napadł... Zły duch teraz będzie śnił mu się po nocach i prześladował go. Dla siebie był już zgubiony, wręcz przeklęty.

Widząc entuzjastycznego Sylwava pierwotnie nie powiedział nic, tylko rozejrzał się dookoła.

Nie ma go - pomyślał o tajemniczym jegomościu, który w nocy mu pomógł. - Ale na pewno tu był. - Obmacał opatrzone rany. - Nie przywidział mi się na pewno, złe duchy nie namąciły mi jeszcze aż tak w głowie.

Siedział w ciszy przez chwilę, nie zwracając uwagi na towarzyszy. Swym prostym umysłem sam analizował wydarzenia tej ponurej nocy.

- Ekhm, noo... - odezwał się, a może raczej westchnął. Jakoś jednak nie radował się widząc kompanów. Ta noc była za długa, o wiele za długa. Długa na tyle, by zepchnąć nowych znajomych na dalszy plan. Przecież to ich wina, że tu zawędrował.

Chociaż kim jestem, by ich oceniać? Może to boska wola mnie tu sprowadziła? - skarcił sam siebie i przetarł dłonią twarz. Otworzył usta zbierając słowa.

- Noooo - prymitywny początek rozmowy. - Ja bym tego nie rusał - rzekł stanowczo do Sylwava. - To zły duch i ich się nie je. Musimy go spalić. To jest złe. I nie wiem, cy coś jesce mogę wam powiedzieć. - Spróbował wstać podpierając się rękoma. - Ale chcę stąd iść....
Last edited by Mirandor on Wed, 25 Feb 2009, 00:29, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Tue, 10 Feb 2009, 13:05

- Widzę, że poziom przyswajalności moich żartów pozostał u ciebie na niezmienionym poziomie - powiedział, kładąc na bok miecz i kuśtykając jednocześnie w stronę Mirandora, by pomóc mu stanąć na nogi. - Cholera... - sapnął i syknął z bólu. - Ciężki z ciebie kawał bydlaka, Mir - klepnął go przyjacielsko w plecy.
- To miło, że chcesz stąd iść, ale syf, jaki nam się przytrafił, wypompował ze mnie, i prawdopodobnie Konrada też, resztki jakiejkolwiek motywacji do kontynuowania wesołych przygód. Musimy odpocząć, Mir. A tak w ogóle, to z nami wszystko w porządku, dzięki że pytasz - uśmiechnął się krzywo.

Odwrócił się plecami do Mirandora taksując okolicę wzrokiem i wypatrując ewentualnego posiłku. Odruchowo sprawdził stan prawej ręki i spojrzał w niebo.

Nienawidzę tych pieprzonych dreszczy.

Odwrócił się w stronę towarzyszy.

- Przydałoby się opatrzyć rany. Widzę, Mir, że się na tym znasz. Sprawdzisz co z nami? - złapał się za brzuch. - Chce mi się jeść jak młokosowi ciurlać. Zostało nam coś do żarcia?
Last edited by Sylwav on Wed, 25 Feb 2009, 00:31, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Thu, 12 Feb 2009, 18:05

Skorzystał z udzielonej mu pomocy, słuchając wypowiedzi Sylwava. Chyba nie zrozumiał delikatnej ironii i spokojnie odpowiedział:

- Chyba nie tak w porądku z wami. - Zbadał swoje opatrunki oraz czy ból w boku nie był na tyle silny, by dalej musiał odpoczywać. Chciał pomóc kompanom na ile mógł, jednak po tym, jak wstał, zaraz znów opadł na ziemię. Chyba jednak w nocy za wiele go spotkało.

- Nie dam rady jesce wam pomóc - rzekł wzdychając. - Ten zły duch zranił mnie mocno. Nie mogę wam za bardzo pomóc, jedynie rany owinąć. Nie znam się na leceniu i pomocy rannym, wybac.

Położywszy się na plecach i rozluźniając się, wymacał dłonią zraniony bok i klnąc w duchu, że dał się załatwić, leżał patrząc w poranne niebo. Cieszył się jednak, że upiorna noc się skończyła. Wiedział też, że drugiej już tu nie zostanie.

- Mam trochę jedzenia, ale mało - powiedział w końcu. - Nie mas własnego? - powiedział do Sylwava, po czym spojrzał na Konrada, by sprawdzić, co robił.
Last edited by Mirandor on Wed, 25 Feb 2009, 00:36, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Sat, 14 Feb 2009, 15:25

- Nie, Mir, w podziemiach nie zastałem żadnej powabnej handlarki żywnością, której mógłbym zapłacić w naturze za stos jedzenia - westchnął zrezygnowany, by odezwać się po dłuższej przerwie. - Podaj mi bandaże, sam się nimi potraktuję. Widzę, że nam wszystkim przyda się odpoczynek.

Przysiadł ciężko, zważając, by odległość od cuchnącego stworzenia była możliwie jak najznaczniejsza.

- Wolę nie zostawać tu jeszcze jednej nocy. Konrad, jak długo zajmie nam powrót do tego Thoris?

Nie mam najmniejszego powodu, żeby odczuwać ulgę. Jeszcze nie wyleźliśmy z tego cholernego lasu. Dopóki to nie nastanie, lepiej być czujnym na niespodzianki pokroju latających dziewek z biustem na wierzchu. Swoją drogą, popieprzona sprawa.
Last edited by Sylwav on Wed, 25 Feb 2009, 00:38, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Tue, 17 Feb 2009, 20:16

- Nie rozumiem, Sylwavie, skąd miała się wziąć tam handlarka - powiedział. - Może gdybym był sprawny, upolowałbym ci coś.

Mirandor wstał i ostrożnie poszedł do plecaka sprawdzić, czy nie miał tam bandaża, bo przecież w nocy robił z niego swoje strzały.

- Nie wiem, cy jakiś mam jesce - powiedział sprawdzając zawartość plecaka. - Może Konrad ma? - spojrzał na milczącego młodzieńca.

Po ostatniej wypowiedzi Sylwava w końcu mu przytaknął:

- Oj tak, nie chcę tu zostać, ale nie mam wiele sił, by odejść prędko...
Last edited by Mirandor on Wed, 25 Feb 2009, 00:39, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Wed, 25 Feb 2009, 00:40

Konrad sprawiał wrażenie osoby poruszającej się w głębokim śnie. Miał zamglone spojrzenie, a upiorny trup przy ognisku zdawał się w ogóle go nie poruszać. Jak zahipnotyzowany minął śmierdzące zwłoki i usiadł pod drzewem zapatrzony w to, co znajdowało się przed jego oczami, a czego jego towarzysze nie mogli zobaczyć.
Nie reagował na wypowiedzi zaniepokojonego Mirandora, ani na dowcipy Sylwava. Milczał i patrzył przed siebie, jakby tańczące w szarym świetle poranka płomienie zawierały w sobie odpowiedzi na wszystkie pytania, które młodzieniec chciał zadać.
Zapytany o odległość do miasta ocknął się jednak i spojrzał na towarzysza.

- Kilka godzin szybkiego marszu – powiedział krótko. – Konno szybciej, ale na jednym wierzchowcu nie pojedziemy.

Rozważania Mirandora na temat handlarki w kurhanie wywołały blady uśmiech na twarzy chłopaka. Ożywił się nieco i zerknął w kierunku przybysza z Północy.

- Niestety, nie mam ze sobą żadnych medykamentów ani bandaży – powiedział. – Teraz zdaje mi się, że taki ekwipunek powinien stanowić podstawę podczas podróży, ale kiedy wyruszałem z zamku, wszystko zdawało się takie proste...
Na pewno jednak mam jedzenie. Nie ma tego zbyt wiele i nie będzie to posiłek godny królewskiego stołu, ale na pewno posilimy się i łatwiej nam będzie podjąć wędrówkę.

Wstał powoli i ruszył w kierunku pozostawionych nieopodal ogniska juków. Przez chwilę szperał w torbie i wydobył z niej starannie zapakowany suchy prowiant – solone mięso, chleb i kawał twardego sera.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Wed, 25 Feb 2009, 16:54

Mirandor wymacał w plecaku resztę bandaży. A mógłby przysiąc że w nocy zużył cały.

- Znalazłem bandaż, jesce mi został w plecaku - wyjął go i pokazał Sylwavowi. - Pomóc ci opatzyć ranę? Tyle umiem.

Skierował wzrok na nieobecnego Konrada.

- Sybki mars odpada Konradzie, - powiedział zaniepokojony stanem młodzieńca. Miał wrażenie, że złe duchy dopadły go tam na cmentarzu i teraz przez to był chory. Nie umiał mu pomóc, pomimo iż chciał. Nie powiedział nic więcej, myśląc jedynie o tym, że przydałby się szaman, który odpowiedziałby na jego pytania i uratował Konrada przed niechybną zgubą.

Teraz w jego umyśle ożył sen z przeklętym koniem...

Oj, szaman się przyda i mi... - pomyślał i ręka bezwiednie powędrowała do rzemieni u pasa i przywieszonych tam ochronnych talizmanów. Zacisnął kosteczki i kamyczki w ręce jak silnie tylko mógł, licząc na zbawienny cud, który uratowałby ich z opresji.

- Odpocnijmy i chodźmy...
Last edited by Mirandor on Tue, 10 Mar 2009, 20:52, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Sun, 1 Mar 2009, 15:52

- Poradzę sobie, Mir - odpowiedział, doprowadzając się bandażami wielkoluda do stanu używalności.

- Mir dobrze kombinuje. Musimy zjeść, odpocząć kilka godzin, po czym zabierać dupę w troki i nigdy tu nie wracać. Dokładnie w takiej kolejności. Dobrze, że jesteśmy tak cholernie rozgarnięci, że wpadamy na te wszystkie plany.

Natychmiast po tym, jak skończył kłapać paszczą, przystąpił do konsumpcji specjałów podrzuconych przez Konrada.

- Jedzcie szybko, bo wystygnie - dodał z pełnymi ustami, po czym przysunął się odrobinę do Mirandora i szepnął w jego stronę: - Nie martw się o dzieciaka, staruszku. Musi sobie cały ten bajzel poukładać w głowie. Zanim się obejrzysz, znów będzie się zalotnie uśmiechał do dziewek na ulicy. O ile kiedykolwiek to robił.

Dobre samopoczucie wojownika było zaledwie pozą, która miała przekonać wszystkich dookoła, że zabójca magów jest twardy jak stal. W rzeczywistości robił w gacie na myśl o tym, że obrazy rzeczy, z którymi miał do czynienia w katakumbach, nigdy nie opuszczą jego umysłu.
Zdawał sobie sprawę, że wpieprz jaki dostał Konrad, był wprost proporcjonalnie większy w stosunku do miłości, jaką darzył swojego wuja. Gołym okiem było widać, że jakaś cząstka chłopaka umarła wraz z zaufaniem do kogokolwiek.
Last edited by Sylwav on Tue, 10 Mar 2009, 20:57, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Tue, 3 Mar 2009, 21:00

Mirandor znów pogrążył się w myślach, o co chodziło Sylwavowi ze stygnięciem... Przecież strawa była zimna... Chyba że potrafił ją czarodziejsko podgrzać...
Postanowił jednak milczeć i zjeść swoje suszone mięso. Może kiepski miał apetyt... ale zawsze był to jakiś apetyt. Zajął się więc jedzeniem.

Po uwadze Sylwava, spojrzenie Mirandora zatrzymało się na Konradzie. Wyglądał w ten sposób dość... prymitywnie: muskularny człowiek ubrany w śmierdzące skóry - jakby jego ciało nie śmierdziało - patrzący tępo w jeden punkt i żujący kawał surowego mięsa... Dzikus jak się patrzy.
Last edited by Mirandor on Tue, 10 Mar 2009, 21:00, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 10 Mar 2009, 21:02

Konrad zdawał się nie zwracać uwagi ani na towarzyszy, ani na plamę krwi wokół rozciętego rękawa. Siedział zapatrzony w przestrzeń i w milczeniu przeżuwał chleb z serem. Na jego twarzy malował się wyraz skupienia – miał ściągnięte brwi i zmrużone oczy, jakby chciał dostrzec coś, co znajdowało się bardzo daleko. Dalej, niż mogłyby dostrzec ludzkie oczy.
Wydawał się być bardziej przytomny niż bezpośrednio po powrocie z kurhanu, choć nadal w tym samym stopniu odległy.

Jedzenie smakowało jak... żelazne racje. Sylvaw miał wrażenie, że smaczniejsze byłyby podeszwy jego własnych butów. Nie zamierzał jednak wybrzydzać – nie w takich okolicznościach... W tej chwili najważniejsze było, że zatamował krwawienie i napełniał żołądek. O rozkosze podniebienia zadbać planował w mieście.
Nagle z cieni przeszłości zabrzmiały słowa, które kiedyś słyszał:

Dziwnie krew pachnie ode mnie...
Stało się – stało; teraz nadaremnie
Żałować rzeczy. Stało się – przeminie.
Z nas wszystkich kiedyś będą takie trupy.


Nie pamiętał, kto i kiedy je wypowiedział, ani w jakich okolicznościach. A jednak nagle wydały się idealnie pasować do jego ostatnich przeżyć.
Nagle zrobiło mu się zimno.

Mirandor tęsknił za domem. Zastanawiał się, co tak naprawdę podkusiło go, by wyruszać w te dziwaczne strony, zamieszkane przez ludzi, którzy bez wahania decydowali się zakłócać spoczynek Przodków i prowokować gniewne demony opiekuńcze; w krainy, w których skrzydlate horrory atakowały niewinnych podróżnych, a dziwaczni osobnicy pojawiali się znikąd, by stać na straży porządku; w miejsce, które tak bardzo różniło się od tego, co dobrze znał i rozumiał.
To, co przydarzyło się jego towarzyszom, było dla niego oczywiste od samego początku – nie potrafił jedynie rozeznać się w ich motywacji – dlaczego chcieli zrobić coś tak straszliwie idiotycznego? Dlaczego narażali swe nieśmiertelne duchy?
Żal mu było chłopaka, który gotów był już dbać o stada, ale jeszcze nie dorósł, by samotnie wyruszać na polowania. Jakie plemię zmuszało swe dzieci do świętokradztwa?
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Wed, 5 Aug 2009, 19:18

Mirandor zjadł to, co mu w udziale przypadło. Jak dla takiego chłopa jak on - mało, o wiele za mało. Zapolowałby, bo to pozwoliłoby mu rozwiać wszystkie złe myśli i wspomnienia. Zająłby swój prosty umysł czymś pożytecznym i też przyjemnym.

Nie myślał już o Konradzie, zgodnie z radą Sylwava. Jednak gdzieś wzrok utkwić musiał. Teraz patrzył na Sylwava, nie chciał patrzeć w ten nieprzyjazny las.

- Co teraz Sylwawie? - Przypomniał mu się nocny gość; - A widzieliście kogoś jesce tutaj? Oproc nas w okolicy.

Wstał i poszukał śladów. Gdy sobie przypominał swego nocnego zbawcę, to ów ktoś musiał być lekki, więc ślady powinny być płytkie. Łatwo dało się rozpoznać te, które zostawili Sylwav i Konrad, ciężej te własne... Po nocnej walce było ich wiele... Starał się więc wypatrzeć, skąd i dokąd poszedł jego duch opiekun... O ile ten duch miał stopy i nie pojawił się z Górnego Świata.
Last edited by Mirandor on Tue, 11 Aug 2009, 12:30, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Wed, 5 Aug 2009, 22:26

Cholera, nie mogę się doczekać, aż w końcu zaszczycę swoją osobą jakieś miasto. Tak jest: kurtyzany świata, Sylwav już do was idzie. Wpadnę do pierwszego lepszego domu rozpusty, zamówię winko, jakieś zakąski, wynajmę pokój, zabiorę ze sobą dw... trzy sztuki najprzedniejszego [i]miąska, koniecznie z dużymi atrybutami, a później...
[/i]

Nagle poklepał się po kieszeniach. Nie usłyszawszy tak cudownie brzmiącego i znanego brzdęku, zaklął szpetnie.

Jajogłowi mnie rozpuścili. Zapomniałem, że będzie trzeba zarobić, żeby [i]pociurlać. No i oczywiście zjeść.
Jajogłowi... Cholera, czemu ja muszę być takim pieprzonym egoistą? Mam nadzieję, że jeszcze dychają.[/i]

- W tej okolicy? - głos Mirandora wyrwał go z zamyślenia. - Nie, tu było, o dziwo, czysto, po prostu bajecznie - mówiąc śledził wzrokiem węszącego wokół olbrzyma. - Troszkę inaczej sytuacja przedstawiała się na dole, po przekroczeniu cholernej bramy piekieł, tudzież zejściu do katakumb. Porąbanych rzeczy znajdujących się w tamtym miejscu nie zapomnę do... Czego ty tam się tak skradasz? Na wydrę polujesz? Człowieku, zlituj się, odpocznij kilka godzin, jak wszyscy, żebyśmy mogli już udać się w stronę cywilizacji. Naprawdę nic tu po nas - mówiąc to poklepał zapraszająco posłanie niedaleko siebie i Konrada.
Last edited by Sylwav on Tue, 11 Aug 2009, 12:42, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Tue, 11 Aug 2009, 13:05

Nie znalazłszy żadnych tropów, niepocieszony Mirandor poszedł za radą gadatliwego towarzysza i położył się, by odpocząć.

Wstali w okolicach południa. Szybko zebrali swoje rzeczy i ruszyli traktem.
Snuli się powoli w milczeniu - poranieni, zmęczeni, utykający i zamyśleni.

Konrad kołysał się miarowo w rytm ruchu wierzchowca, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Ze spojrzeniem wbitym w dal i zaciśniętymi ustami jechał stępa, by nie zmuszać towarzyszy do forsowania nadwątlonych sił. Zdawał się niemal wyrzeźbiony w kamieniu – cichy i zdeterminowany, jak zaklęty.
Mirandor szedł ciężko, starając się ignorować ból. Kimkolwiek była tajemnicza postać, która przyszła mu z pomocą, bez wątpienia doskonale znała się na swojej robocie – rany goiły się i nie doskwierały tak, jak powinny bez należytego opatrzenia. Zdawało mu się, że czuł je tak, jakby zostały zadane tydzień temu – a nie kilka godzin – ale być może była to zasługa maści, którą został nasmarowany?
Był nieco zmartwiony zachowaniem chłopaka, któremu – jak czuł – nie był w stanie pomóc w żaden sposób. Cierpiącą duszę mógł uleczyć jedynie szaman albo czas. Nie wystarczyłaby maść czy – jak wydawali się wierzyć niektórzy – alkohol. Mirandor widywał już takie zgaszone oczy u niektórych ze swego plemienia. Niedługo potem ich najwierniejszym towarzyszem stawał się garniec kangkang, w którym topili swoje smutki i wątpliwości.
Humor Sylwava także uległ zmianie pod wpływem posępnego milczenia towarzyszy. Żartobliwy dystans, który dotychczas udawało mu się zachowywać, teraz przepadł gdzieś, a on sam zamyślił się nad dziwacznością miejsca, w które trafił. Owszem – sposób, w jaki się tu znalazł, bez wątpienia nie należał ani do najzwyklejszych ani do najwygodniejszych sposobów podróżowania, ale nie dorównywał temu, co zastał na miejscu: nawiedzone cmentarzysko, magiczne upiory, niezbyt rozgarnięty rycerzyk, który miał jeszcze mleko pod nosem – to wszystko pasowało bardziej do książki z bajkami, niż do jakiegokolwiek realnego życia! Zastanawiał się, co jeszcze czeka go w mieście, do którego zmierzali – może smok?

Droga prowadziła ich ku oczekiwanemu odpoczynkowi.
Nikt się nie skarżył, nikt nie narzekał, nikt nie mówił na temat tego, co zostawili za sobą. W zasadzie – nikt nie mówił, poza krótkimi postojami, które robili, by dać odpocząć zmęczonym mięśniom i zjeść coś, by mieć siłę na kolejne godziny marszu.
Do noclegu także przygotowali się w ciszy.

Kiedy wreszcie w okolicy południa kolejnego dnia zza zakrętu wynurzyły się mury Thoris, Sylwav drgnął, a w jego oczach zapłonął płomień podniecenia. Jego towarzysze nie podzielali jednak jego ekscytacji, więc ostatni odcinek trasy wysoki wojownik pokonał kilkanaście metrów przed Konradem i Mirandorem, którzy wlekli się noga za nogą – pierwszy z powodu przeżywanego cierpienia, drugi – zmęczenia i ran.
Niedaleko od bramy, przy której dostrzec można było dwóch żołnierzy, Sylwav zwolnił i poczekał, aż chłopak i dzikus zrównają się z nim.

- Dotrzymałem słowa, wojowniku – głos młodzieńca był poważny i spokojny, a jednak było w nim coś, co sprawiło, że po plecach Sylwava przebiegł dreszcz. Zaniepokojony spojrzał na jeźdźca. - Obiecałem, że doprowadzę cię do miasta i tak uczyniłem. Tutaj nasze drogi się rozchodzą. Dziękuję wam za pomoc, mam nadzieję, że uda nam się jeszcze spotkać, bym podziękował tak, jak godzi się to uczynić. Teraz jednak czekają na mnie pilniejsze sprawy, którymi powinienem się zająć.

Spiął konia ostrogami i rzucił czymś w zdziwionego towarzysza. Sylwav odruchowo złapał niewielki skórzany mieszek.

- Pewnie wam się przyda w mieście! - krzyknął jeszcze odjeżdżający galopem chłopak, zostawiając za sobą dwóch oniemiałych z zaskoczenia mężczyzn.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Tue, 11 Aug 2009, 22:33

Nie lubił takiej ponurej atmosfery - jego żywiołem była rozmowa, przekomarzanie się, jakaś riposta jeśli szczęście dopisze, nie zaś grobowa cisza i to w dodatku w podróży ku dobrze zapowiadającej się przyszłości. Ale rozumiał, a przynajmniej starał się zrozumieć, stan Konrada.
Rana Młodego - teraz zdał sobie z tego w pełni sprawę - była czymś znacznie poważniejszym niż okazjonalny cierń w tyłku. Został skrzywdzony na całe życie, a lekarstwo na wszystko - czas - zdawało się już nie zapewniać powrotu pacjenta do zdrowia. Sylwav poczuł, że wolałby nie zostawiać chłopaka samemu sobie, że towarzystwo przyjaznych mu ludzi mogło przynajmniej załagodzić ból. Jednak decyzja należała do młodego rycerza, który otrzymał od życia swojego pierwszego większego kopniaka w zad.

Pozostawił te smutne myśli by dogłębniej przeanalizować swoje położenie.

W porządku, sytuacja się poprawiła. Przynajmniej w moim przypadku. Zmierzam w konkretnym kierunku, mam jasny cel i dążę do jego realizacji - poznać kurtyzany, tfu! Ratować jajogłowych.

Na chwilę przestał analizować, pozwolił myślom płynąć samodzielnie. Nagły skurcz twarzy sugerował, że jej właściciel albo zeżarł skrzynię cytryn, albo uświadomił sobie coś wyjątkowo niewygodnego.

Co się, kurna, dzieje?! Niedawno atakowały mnie cholerne szkielety! A później do mnie przemawiały! Cały tamten cmentarz był jakby wyjęty z zupełnie innej bajki. Zara... a propos bajek. Skądś znam te historyjki o dzielnych rycerzach i niedobrych umarlakach. Świtają mi w głowie te głupie bajędy, którymi karmi się małe dzieci. Dawniej mnie zresztą pewnie też.
To siedzi w moim umyśle.
A jeśli ci cholerni czarokleci wcale nie wysłali mnie teleportem na drugi koniec świata? A jeśli leżę teraz u nich, nieprzytomny, na jakimś pieprzonym blacie, a oni, karmiąc mnie jakimiś wspomnieniami z dzieciństwa, bym się nie obudził, kroją mnie i eksperymentują na...
Nie! Przestań chrzanić od rzeczy. To wszystko jest realne, a przynajmniej tak zdaję się to wszystko odczuwać. Zaraz dotrę do miasta i zobaczę, jak bardzo realny ten świat potrafi być.


Gdy po podróży trwającej całą wieczność dojechali na miejsce, Sylwav niemal przebił się przez bramę miasta tylko po to, by uciec przed otwartą przestrzenią i skryć się w jakiejś karczmie, tudzież zamtuzie. W obawie przed przykrymi konsekwencjami takiego procederu po prostu przyspieszył.
Wysłuchał chłopaka, a jego zaskoczeniu nie było końca.

- Konrad! - krzyknął z wyrzutem, po tym jak chłopak się oddalił.
- Młody - pokręcił głową - ty biedny sukinsynu...

Zamachał mieszkiem w stronę chłopaka, dziękując mu. Odruchowo zważył sakwę w dłoni, i ukradkiem wysypał zawartość na grabę. Spojrzał na olbrzyma.

- Wygląda na to, że zostaliśmy sami. - Przeliczył monety i wręczył połowę Mirandorowi. - Cieszymy się? - uśmiechnął się przyjaźnie po czym spojrzał w stronę strażników. - Pozwól, że to ja będę gadał.

Nie poczekawszy na potwierdzenie bądź zaprzeczenie olbrzyma, podszedł do przedstawicieli prawa dzielnie i zacnie stacjonujących przy bramie.

- Prawi mężowie, - przemówił głosem nie pozostawiającym wątpliwości co do tego, że jego właściciel był na wskroś prawy. Jednocześnie ukrywał rany na ciele i powstrzymywał się od grymasu bólu. - Czy znalazłoby się miejsce w waszym przednim mieście dla dwóch strudzonych podróżników? Zapewniam, że nie będziemy sprawiać kłopotów.
Last edited by Sylwav on Sat, 22 Aug 2009, 23:53, edited 2 times in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Sun, 16 Aug 2009, 20:07

Nie wiedział, co mówić w trakcie trasy, więc milczał przebierając nogami.
Nie zastanawiał się nad celem podróży. Nie znał okolicy i zaufał, że inni wiedzą, dokąd idą. Czas mijał, a Mirandor krocząc błądził myślami po prostych zaułkach swego umysłu, szukając czegoś, co pozwoliłoby mu zająć czas na jak najdłużej. Chciał śpiewać - chociaż nucić - lecz towarzystwo onieśmielało go i powstrzymywało jego barbarzyńskie zaśpiewki.
Szedł w ciszy.
W końcu gdy ukazało im się miasto, sposępniał. Znów trafiał do dziwnej osady z dziwnymi domami, mrowiem ludzi, którzy na widok Mirandora mogli co najwyżej wytknąć go palcem, zakląć, może splunąć i odejść. Nie lubił tutejszych - niegościnnych w jego opinii - miast. Wolał ich unikać. Choć teraz miał swoją "tarczę" - Konrada i Sylwava. Oni wiedzieli, co robić w tym ludzkim osiedlu.

Tym bardziej zabolało go odejście Konrada. Znał go krótko, ale nie mógł powiedzieć, że jego towarzystwo mu nie odpowiadało. Jego tarcza na nieprzyjaznych mu ludzi zmalała do Sylwava - czasem tak dziwnie mówiącego, że nie szło go zrozumieć.
Zamachał Konradowi na pożegnanie, choć w głębi duszy nie był pewien, że zobaczył go ostatni raz w życiu. Na Północy było to nie do pomyślenia: zobaczyć kogoś ostatni raz. Tam zawsze się wracało...

Właśnie, Mirciu, tam się wraca. I ty powinieneś wrócić. Już teraz. Do domu. Marsz.
Może jednak później...
- przeszło mu przez myśl, gdy Sylwav rzucił mu część zawartości sakiewki. Nie z pazerności lub chciwości. Raczej ze zwykłej ciekawości przyjrzał się zawartości dłoni. I znów wielki obcy świat przytłoczył go. - Co to jest? Ile to jest warte? Do czego ma mi to posłużyć?

Spojrzał na Sylwava zagubiony, wzrokiem wręcz prosząc o pomoc, co powinien zrobić z "tym". Lecz jego kompan już rozmawiał z ludźmi przy bramie....
Last edited by Mirandor on Sun, 23 Aug 2009, 00:02, edited 1 time in total.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 23 Aug 2009, 00:07

Żaden z nich nie znał monet, które znajdowały się w sakiewce Konrada, ale obaj mieli nadzieję, że wystarczy tego choćby na przyzwoity posiłek i nocleg. Kilka krążków wykonanych było ze złota – być może kupią za to więcej niż jedną spokojną noc?

Strażnicy patrzyli na przybyszów z nieufnością zmieszaną z zaskoczeniem. Zaiste – dwóch podróżników tworzyło zadziwiający duet: wysoki i szczupły Sylwav ubrany w lśniący czarny strój z niezwykle gładko wyprawionej skóry nosił na twarzy wyraz niezachwianej pewności siebie, a muskularną pierś prężył jak żołnierz podczas inspekcji wojsk; otulony w skóry zwierząt zgarbiony nieco Mirandor sprawiał zaś wrażenie zawstydzonego swoim rozmiarem, a brodata twarz okolona grubymi brązowymi włosami wyrażała jedynie zagubienie i zdradzała niezmierzone morze obaw kłębiących się w jego duszy.

Wreszcie jeden z gwardzistów zdecydował się odpowiedzieć:

- Thoris to miasto otwarte – mówił powoli, starannie dobierając słowa. - Choć dziwnie wyglądacie, zagrożeniem chyba nie jesteście. Wchodźcie i pamiętajcie, że tu nie tylko strażnicy, ale i sami miszkańcy twardą ręką strzegą swego spokoju.

Zamilkł na chwilę, wpatrzony w zwalistą sylwetkę Mirandora.

- Mam tylko nadzieję, że zachować się umicie i nie będziecie nas zmuszać do szarpaniny... Mamy tu, co prawda, lochy, ale nikt w nich zbyt długo miejsca nie zagrzał... - zmarszczył brwi, ale zrobił krok w tył, dając drugiemu żołdakowi znak, by uczynił to samo.

Sylwav patrzył uważnie na strażników.
Jeśli to oni mieli stanowić „mur obronny” pomiędzy mieszkańcami miasta a zagrożeniami z zewnątrz, to współczuł mieszczanom.
Ten, który mówił, miał szczerą, niezbyt bystrą twarz wieśniaka i sylwetkę zdradzającą zbyt mało treningów i zbyt sute posiłki. Jego mundur dawno nie zaznał solidnego czyszczenia, a broń pamiętała dużo lepsze czasy.

Pewnie jakieś pięćdziesiąt lat temu...

Drugi obnosił dumnie pierwszy rzadki zarost i ściskał drzewce halabardy jakby się bał, że zemdleje z upału. Zerkał wciąż niepewnie to na swego towarzysza, to na przybyszów, a na czole perlił mu się pot. Częściowo pewnie z gorąca.

Muszą tu mieć bardzo spokojne życie, albo potworne problemy kadrowe... – pomyślał drwiąco Sylwav.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Sun, 23 Aug 2009, 17:37

Sylwav miał nadzieję na taką odpowiedź strażników. Jakkolwiek nieprofesjonalnie się prezentowali, poprawili mu humor w sumie pozytywnym nastawieniem do niego i Mirandora. Bo te pomniejsze uwagi i podejrzliwe spojrzenia każdy strażnik miał wpisane w genach.

Przekroczywszy bramę poczuł się jak nowo narodzony. Podniósł głowę do góry, wciągnął z uśmiechem na ustach miejskie powietrze śmierdzące dymem, dobrami z targów i wszelkiego rodzaju fekaliami wylanymi na ulice, i ryknął radośnie. Jego wesołości nie popsuł nawet gwałtowny dreszcz przebiegający mu po plecach, a wywołany spojrzeniem na niebo.
Pierwszy raz w swoim krótkim życiu doznał miejskiej wolności. Zwykle podczas eskapad do byle wioski był pod opieką naukowców i zbrojnych gotowych oddać za niego życie, a także nie zezwalających mu na jakikolwiek ruch wbrew woli Argutum, dla którego Sylwav był wśród różnorodnej palety wynalazków najcenniejszy. Toteż jego pobyt poza murami siedziby jajogłowych ograniczał się do zatrzymywania się w jakiejś gospodzie, jedzeniu szybkiego posiłku, krótkim wypoczynku i ruszaniu w dalszą drogę tropem aktualnie poszukiwanego maga. Kolejne miasta przybierały w jego głowie wygląd budowli, przy których jego eskorta raczyła się zatrzymywać - zawsze incognito.
Miał w tej chwili ochotę specjalnie zwlekać z ratunkiem, żeby tylko móc w pełni wykorzystać dany mu przez los czas.

Wojownik był tak zadowolony, że jego umysł sam zmusił swego właściciela do wytańczenia na środku ulicy bliżej niezidentyfikowanego układu choreograficznego. Śmiał się przy tym do rozpuku. Przejmujący ból, jakim odpowiedziało ciało błyskawicznie sprowadził Sylwava na ziemię. W przenośni, jak i dosłownie.

- O zaraza! - złapał się za udo. - Trzeba mi znaleźć jakiś lazaret, Mir - wystękał, próbując podnieść się z ziemi i otrzepać się z kurzu. - Muszę wymyślić jakąś historyjkę co do przyczyn mojego jakże nie wyjściowego stanu. Chyba sprzedam wymówkę numer 28 - napad bandytów - rozpatrywał możliwości, pocierając się jednocześnie po brodzie z miną jak małpa z zatwardzeniem. Nie wiadomo, czy wywołaną bólem, czy intensywnym myśleniem.

Zagadał najbliższą osobę, gdzie znajdzie interesujący go budynek, po czym nie zwlekając ani chwili dłużej, postanowił udać się we wskazanym kierunku.

- Idziesz, wielkoludzie?
Last edited by Sylwav on Mon, 24 Aug 2009, 13:06, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Mirandor
Posts: 130
Joined: Thu, 23 Aug 2007, 19:49

Post by Mirandor » Mon, 24 Aug 2009, 21:10

Mirandor nic nie powiedział podczas rozmowy Sylwava ze strażnikami. Nie wiedział, po co, ani co miałby mówić.

Wszedł za swoim towarzyszem do miasta nie dlatego, że chciał albo musiał. Zrobił to, bo nie wiedział, co innego miałby teraz zrobić. Po prostu szedł za Sylwavem.
Nie zachwycał się okolicą jak jego kompan. Dla przybysza z Północy miasto było tylko smętnym miejscem pełnym bezdusznych ludzi.
Nie poruszył go także taniec na ulicy. Pomimo iż było to dla niego coś absolutnie dziwnego i niezrozumiałego, nie odezwał się.

Może tak tu się robi? A może i ja muszę tak tańczyć? Nie, raczej nie zrobię tego.

- Lazaret? - Powiedział cicho. - I jacy bandyci? - nieco się ożywił - Na cmentaru napadnięto was? Nie słysałem walki.

Bo może zagłuszyła ją walka z twoim złym duchem? Może to był boski plan? - zamyślił się całkiem na poważnie.

- Napadł was tam ktoś? Powiedz, prosę.

Wszystko ułożyło się w nieco pokraczny sposób w głowie Mirandora, który teraz wpatrywał się w towarzysza w oczekiwaniu na odpowiedź.
Dalej nie wiedząc, co to lazaret, poszedł wolno za Sylwavem, bojąc się tego dziwnego miasteczka.
Last edited by Mirandor on Sun, 30 Aug 2009, 00:27, edited 1 time in total.

User avatar
Sylwav
Posts: 123
Joined: Mon, 10 Sep 2007, 22:11
Contact:

Post by Sylwav » Thu, 27 Aug 2009, 18:40

- Ta, zostaliśmy zaatakowani po zejściu do katakumb. I wiesz co? Te twoje bajki o duchach być może nie są tylko bajkami. Ale nie chcę o tym gadać. Ze wszystkich tematów nie do poruszania, ten znajduje się w ścisłej czołówce. Pierwsza trójka jak w mordę strzelił - zakończył rozmowę i, widok to niecodzienny w jego przypadku, zasępił się nieco, po czym powrócił do czynności, której uprawiał ostatnio dosyć sporo - myślenia.

"Panie doktorze, było ich pięciu". Nie, nie uwierzy. To może: "Wzięło nas z zaskoczenia trzech rębajłów. Dziwowaniu się nie było końca, a jak to bywa z takim dziwowaniem - w końcu musi dojść do tragedii. Jeden ciął mnie po nodze, kompanowi też się dostało. Ale jak doktor widzi, my nie pierwsi lepsi podróżnicy, a i do dania komuś w mordę długo nas namawiać nie trzeba. Toteż wnet się odkuliśmy, ale nie chcę doktora zanudzać szczegółami. Dość powiedzieć, że nieprędko pozbierają się do kupy". Hmm, powiedzmy, że może być.

Sylwav był zadowolony, jeśli chodzi o estetykę miasta. Jak na syf, w którym nie raz musiał się babrać, Thoris było ze wszech miar zadbane. Starał się nie rozglądać zbytnio - jajogłowi nie raz straszyli go opowieściami, które traktowały o tym, jakimi łatwymi zdobyczami są dla kieszonkowców turyści.
Dojście do upragnionej budowli zajęło im jakiś kwadrans. Zanim ich oczom ukazał się sam budynek, mieli okazję nacieszyć oczy upstrzonym kolorowymi kamienicami placem, który dodatkowo przyozdobiony był pomnikiem brodatego starca z psem u stóp. Sylwav przywitał się ze staruszkiem, po czym ruszył w stronę szarego budynku - lazaretu. Nad drzwiami frontowymi znajdował się symbol kija oplecionego parą węży i zwieńczonego, zdaje się, gołębimi skrzydłami.

- Nie ma to jak porąbana symbolika - mruknął do siebie. Spojrzał w stronę Mira: - To w drogę.

Przekroczył próg, po czym wykrzyczał:

- Zastałem w domu doktora?!
Last edited by Sylwav on Sun, 30 Aug 2009, 00:34, edited 1 time in total.
Osobnik wysoki, stosunkowo szczupły, lecz odpowiednio wyrzeźbiony. Włosy smoliście czarne, lekko przysłaniające bladą, gładką twarz. Ciemne oczy o nieco szalonym wyrazie współgrają z ironicznym uśmiechem. Postać ubrana jedynie w skórzaną kurtkę, obcisłe spodnie z tegoż samego materiału oraz wysokie buty, wszystko w kolorze czarnym.

User avatar
Astarael
Mistrz Gry
Posts: 1146
Joined: Sun, 25 Feb 2007, 00:05
Location: Enki-e Shao'Saye
Contact:

Post by Astarael » Sun, 30 Aug 2009, 00:35

Sylwav musiał zatrzymać się gwałtownie, by nie zderzyć się z wysokim mięśniakiem w szarej sukni. Przebieraniec patrzył na niego zaskoczony.

- Witam - powiedział spokojnie. - Owszem, pan Tregarth jest w swoim gabinecie, ale przyjmuje właśnie pacjentkę.

Zabójca magów raz jeszcze obrzucił rozbawionym spojrzeniem strój chłopaka i rysujące się pod warstwą tkaniny mięśnie. Za plecami blokującego korytarz młodzieńca dostrzegł brudnego obdartusa przyglądającego mu się badawczo.

- Jeżeli raczą panowie przejść do ogrodu i poczekać na swoją kolej, - zaproponował ten w sukience, - medyk przyjmie was, gdy skończy.

Zapraszam panów do SZPITALA.
Tchórz nie zazna życia,
Bohater nie zazna śmierci.

Return to “Wyprawy”